Od jakiegoś czasu jeżdżę do pracy na rowerze. Dokładnie od czerwca zeszłego roku. Tutaj to możliwe, tutaj wszyscy jeżdżą, a poza tym są ścieżki rowerowe. I tak popylam na rowerku 10 km. Kupiłam jakiegoś rupiecia za 50 euro i jakoś ciągnie. Ale jest mocno pordzewiały, prawy hamulec zepsuł się, a lewy ledwo ciągnie. Biegi też czasami są oporne. Postanowiłam nabyć coś znacznie mniej rupieciowego. Najpierw myślałam o nowym rowerze, ale mam nowy rower w Polsce. Poza tym ceny zaczynają się od 250 euro za zwykłą „holenderkę” bez przerzutek. Potem pomyślałam o używanym, ale jak nowym. Ceny od 160 euro. W końcu znalazłam coś za 50 euro. Właściwie nie ja znalazłam tylko Daniel, bo wyraziłam życzenie, aby rower był zielony. Zanim zdecydowałam się do gościa napisać rower staniał do 40 euro. Miałam go nawet dzisiaj obejrzeć i kupić, ale jak się pracuje w hotelu nie bardzo można coś zaplanować. Zawsze dorzucą ci więcej pokojów… Wróciłam później niż sądziłam i zastanawiałam się, czy może sprzedający da się przekonać o odbiorze w poniedziałek. Jutro mam już bowiem inne plany. Potem pomyślałam, że do poniedziałku ktoś mi go sprzątnie sprzed nosa, ale naprawdę mi się nie chciało po niego jechać o 20 i wracać potem 8 kilometrów. Wtedy napisał do mnie Daniel, czy go już odebrałam. Zaoferował się, że po niego dla mnie pojedzie, żaden problem, jutro ma wolne. Ciągle go nie rozumiem. Stara się, ale udaje, że się nie stara. Jakby to było od niechcenia. Dobrze mieć jednak takiego kumpla. Poza tym wiem, że on się na rowerach zna, obejrzy go przy okazji i przetestuje. Miałam go nawet prosić, czy by ze mną nie pojechał go odebrać, ale uprzedził mnie…