Przyszła do nas na kolację wczoraj siostra Artura. Relacje z nią są daleko lepsze niż z mamą, ale nie zostałyśmy jakimiś bliskimi przyjaciółkami. Pracuje jako specjalista HR w urzędzie gminy, skończyła jakieś ciężkie studia zakonczone egzaminem i zna się na tym co robi.
Przeczytała moją umowę o pracę, którą dostałam na maila podczas pobytu w Polsce. Szczerze mówiąc to sprawdziłam tylko, czy jest na moje dane, czy kasa się zgadza i czy jest na czas nieokreślony tak jak było mówione na początku. Nie była, jest na kolejne 6 miesięcy. Potem dopiero zorientowałam się, że dostałam tylko jedną umowę, a tej pierwszej ciągle nie. Jest tylko mowa, że to przedłużenie, nie wiem czy w razie, czego mam prawo do zasiłku.
W każdym razie włosy jej dęba stanęły na głowie. Powiedziała, że pierwszy raz czyta coś takiego, ale to Holenderka, pracowała w porządnych firmach, może tam takie kwiatki nie występują. Można powiedzieć, że umowa balansuje na granicy prawa. Wiedziałam już wcześniej, że mam tylko 20 dni urlopu, ale dowiedziałam się o tym od mojego kolegi z pracy, bo podczas rozmowy kwalifikacyjnej szef „udał”, że nie wie ile jest urlopu i zaakceptował, że 24-25 dni. Oficjalnie wg holenderskiego prawa jest to rzeczywiście tylko 20 dni na rok, ale NIKT nie daje tylko tyle. Zwykle jest więcej. W poprzedniej firmie miałam 30 dni plus 2 dni za to, że skończyłam 40 lat plus np godziny na wyjście do lekarza, czy dentysty oraz np dni na przeprowadzkę, śmierć członka rodziny i takie tam. To w Polsce jest chyba urlop okolicznościowy. Artur ma 40 dni urlopu, bo dodatkowe dziesięć przysługuje z powodu stażu pracy. W Holandii pracodawcy często oferują pracownikom więcej, niż minimum wymagane przez prawo. Jeśli chodzi o urlop to dzieje się to tak powszechnie, że nie widziałam nigdy ogłoszenia o pracę z 20 dniami urlopu. Nawet Artur był przekonany, że jest ich więcej.
W umowie jest pełno błędów stylistyczno-ortograficznych. W dwóch liniach znalazła ich aż pięć. Wspomina się tam mój numer BSN (służący do rozliczeń podatkowych z Belastingiem, czyli holenderskim urzędem skarbowym), którego oficjalnie nie powinna tam być. Pracodawca zastrzega sobie prawo do bezpłatnych godzin nadliczbowych, a także do zmiany miejsca i zakresu pracy, a także zmiany stanowiska. Mogą więc mnie np zrobić sprzątaczką. Chorobowe jest płatne 70 % przez 3 miesiące. Z reguły to dzień albo dwa, czasami pierwszy rok jest pełnopłatny, a drugi 80%. Umowa zawiera miesięczny okres wypowiedzenia, czego w takich krótkoterminowych umowach się w Holandii nie stosuje. Data podpisania umowy to 23 maja, a kontrakt zaczyna się 11 maja. Nie wolno przyjmować żadnych prezentów (nie tylko od klientów co zrozumiałe), ale też od kolegów z pracy.
To oczywiście tylko i wyłącznie moja wina, że podpisałam to gówno bez przeczytania, ale po pierwsze byłam tak zadowolona, że w końcu mam jakiś papier w ręku, a po drugie byłam na wakacjach i nie miałam do tego głowy.
Wiecie co dzisiaj robię? Szukam nowej pracy. Nie zamierzam tam być w sierpniu, kiedy moi koledzy jadą na wakacje na 4 tygodnie, a ja zapewne będę zmuszana do robienia darmowych nadgodzin. Teraz rozumiem dlaczego szukano pracownika nieoficjalnymi kanałami, a przecież nie chodziło o jakieś bardzo specjalistyczne stanowisko, które trudno obsadzić.
Teraz mam nauczkę na przyszłość: nigdy, ale to nigdy nie podejmować pracy bez podpisanej umowy w ręku, a po drugie zawsze czytać, co się podpisuje.