Nowy Rok 2026

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku 2026!

Sylwester spędziłam na kanapie i poszłam spać 23.30. Miałam jechać do koleżanki, która mieszka na południu Polski, ale perspektywa spędzenia 5 godzin w pociągu po to, aby zaraz rano wracać do siebie nie była zbyt zachęcająca. Mój brat o 19 już chrapał więc wieczór był niezwykle ekscytujący. nawet nie chciało mi się na Stinga czekać, zresztą nie przepadałam nigdy za muzyczną oprawą tych sylwestrowych wieczorów.

Zdjęcie autorstwa Emilio Sánchez Hernández na Pexels.com

A jutro już muszę wyjeżdżać. Zawsze mam ochotę zostać, ale co bym tu robiła? Z pracą w Polsce słyszę ciężko, a ja mam 50 lat- wiek wykluczający kobiety z życia zawodowego. jedyne co tu mam to udział w mieszkaniu, na razie 1/3, ale starszy brat mi chce swoją część przepisać, więc tak jakbym miała większą część mieszkania. Może uda mi się oszczędzić tyle, aby spłacić drugiego brata.

Mam zamiar tu kiedyś wrócić, ale co przyniesie życie nie wiem. Mimo, że nie żyje mi się źle w Holandii to w Polsce jestem po prostu u siebie.

Wesołego po świętach

Przepraszam, że nie odezwałam się wcześniej. Życzę Wam wszystkiego najlepszego po Świętach. Mam nadzieję, że nie przytyliście za bardzo? Ja się na wszelki wypadek nie ważyłam, zwłaszcza że ta waga, co jest u brata to staroć i na pewno przekłamuje.

Zdjęcie autorstwa Toni Cuenca na Pexels.com

Jestem akurat w Polsce, Artur w Afryce. Z prezentów dostałam od niego podręczniki do holenderskiego i 30 euro, a od jego siostry kosmetyki i książkę. Brat nie uznaje prezentów, ale powiedzmy, że w większej części poniósł koszty kolacji wigilijnej. A u was jak z prezentami?

Jeszcze mam tydzień wakacji, odlatuję 3 stycznia. W międzyczasie mam zamiar się spotkać z koleżanką, z którą znam się od czasu studiów, koleżanką z byłej pracy i kuzynką. Koleżanka z pracy przez Święta nie odezwała się, ona ma jakieś tam problemy zdrowotne, muszę do niej zadzwonić. Kuzynka ma męża i rodzinę, akurat to rozumiem, choć tak na co dzień mąż w delegacjach na co ona bardzo narzeka. Mam jeszcze znajomą na południu Polski, która odezwała się do mnie po latach, zastanawiam się, czy wpaść do niej na Sylwestra, ale to kilka godzin drogi, nie wiem czy mi się po prostu chce. Czasami mam wrażenie, że to ja bardziej zabiegam o ten kontakt i to mi zależy. Kupuję prezenty, zapraszam, dopytuję się. Może powinnam odpuścić i utrzymywać kontakt tylko z tymi co chcą mieć relację? Nic na siłę.

Kuzynka powinna bardziej żałować, bo kupiłam jej zestaw do włosów firmy Kerastase. Jak nie będzie się chciała spotkać, to po prostu to sprzedam i tyle. Ona sama nigdy pewnie by sobie czegoś takiego w życiu nie kupiła.

Ja czasami tak mam, że daję więcej niż otrzymuję. Chyba nie warto.

50te urodziny

W tym tygodniu skończyłam 50 lat. Dacie wiarę? Nie myślałam o tym, kiedy zakładałam bloga trzydziestka tuż tuż. żałuję, że przepadł wraz z opcją blogowania na gazeta.pl, ale czas leci nieubłaganie.

Dzień spędziłam w pracy, na popołudniówce. Nie było żadnych życzeń, nikt w firmie nie wiedział, że mam urodziny. W niedzielę rano przyszła mama i siostra Artura na kawę, wieczorem poszliśmy na kolację do restauracji. Miała dołączyć moja koleżanka, ale wykruszyła się z powodu choroby. Mój brat nie obchodzi urodzin i pewnie nawet nie wie, którego dnia i która to rocznica.

W ramach prezentów zrobiłam sobie jeszcze w sierpniu sesję zdjęciową w Amsterdamie, w takim industrialnym miejscu, chyba byłej fabryce, gdzie jest luzacki klimat, kolorowe murale i kanał. Niestety spora część terenu była zamknięta, bo akurat odbywał się tam pchli targ. Udało się wyczarować kilka fajnych zdjęć. Miałam okazję ubrać sukienkę w niebieskie kwiaty kupioną rok temu w HM. Patrzę na te fotki i pocieszam się, że wcale nie wyglądam na 50 lat.

Od Artura dostałam zegarek Samsung FIT 3. Sama mu zresztą wysłałam linka, bo pytał się co chcę dostać. Okazało się, że w pracy lekko robię 10 tysięcy kroków. Dlaczego więc nie mogę schudnąć? W każdym razie fajny gadżet, a ja lubię ładne drobiazgi. Obiecuję sobie, że będę go używać nie tylko do pracy. Od razu wyłączyłam wszystkie powiadomienia, bo mnie denerwowało, że toto brzęczy za każdym razem jak ktoś napisze do mnie na whatsuppie.

Teraz zostaje mi czekać do 60tki…

Urlop w Polsce

Przyjechałam sobie na urlopik w Polsce. Jedni zdziwieni, że bez partnera, drudzy, że tylko na dwa tygodnie. Co do pierwszego to ja sobie tu przyjeżdżam do domu. Trochę poleżę przed telewizorem, trochę pospaceruję, spotkam się ze znajomymi, czasami zakupy. Luzik. Nie bardzo wiem, co byśmy tu mieli robić razem 2 tygodnie. Oglądać polską telewizję? wykluczone, on nie zna polskiego. Spotykać się z moimi znajomymi? Oni z kolei raczej nie mówią w językach. Obiadów się w Holandii nie jada, on alkoholu nie pije, a wątpię, aby atrakcją było dla niego chodzenie ze mną po sklepach.

Co do drugiego to może to zrozumieć tylko ten, kto pracuje zagranicą i urlop w Polsce traktuje po prostu jak okazję spotkania się z rodziną i przyjaciółmi. Oprócz tego ja sobie jadę na urlop typowy, wyjazdowy i wtedy to są dla mnie wakacje, a nie po prostu wolne. W związku z tym nie mogę naraz całego urlopu wybrać, dzielę sobie na mniejsze kawałki i zawsze tak było. Nie lubię jak ludzie próbują przekonać mnie do swoich zwyczajów. Moi litewscy koledzy z pracy jadą na cztery tygodnie urlopu na Litwę, ale w ciągu roku nie wyjeżdżają nigdzie indziej. Ok, ale to nie dla mnie.

Przyjechałam, cieszę się urokami wolnego, ale niestety pogoda nie rozpieszcza; jest raczej zimnawo, popaduje, na najbliższy tydzień zapowiadają burze. Tym bardziej siedzę sobie w domu, co lubię najbardziej.

A wy jak spędzacie urlop? Koniecznie musi być zagranicą, czy może być po prostu w domu?

Oferta pracy

Już witałam się z gąską, już już, ale niestety wszystko się rozmyło.

3 tygodnie szukałam pracy. Wysłałam chyba z 6 CV, miałam 3 reakcje. Pierwsza uwaga odezwała się do mnie znana firma z branży elektronicznej, światowa marka, bardzo znana. Praca biurowa. Niestety pierwsza rozmowa była przez telefon, ja zestresowana, oni mnie wzięli z zaskoczenia, bo myślałam, że chcą się umówić w biurze. Nie wiem też, czy psychicznie byłam gotowa na tak dużą zmianę.

Druga rozmowa była już zdecydowanie bardziej obiecujaca. Firma produkcyjna z branży medycznej szukała kogoś kto częściowo będzie pomagał na produkcji, w clean roomie, a resztę etatu przeznaczy na poznanie pracy logistyki/magazyniera, która w ciągu 3-4 lat wybiera się na emeryturę Oferta wymarzona dla mnie, bo oznacza balans: trochę wysiłku fizycznego, trochę umysłowego, lżejsza praca, paczek nie trzeba nosić. Z rzeczy, których się obawiałam to musiałabym zrobić uprawnienia na wózki widłowe, ale to ponoć łatwiejsze niż prowadzenie samochodu. Nie mogłabym też nosić makijażu i paznokci, ale powiedziałam na rozmowie, że przynajmniej oszczędzę 50 euro.

W sumie miałam w tej firmie cztery rozmowy: z rekruterem przez telefon, potem z nim osobiście, w firmie jeszcze dwie. Najmniej była mowa o warunkach oferowanych. Wiedziałam, że umowa jest bezpośrednia, a nie przez agencję, w ogłoszeniu były podane widełki i inne bonusy, a raczej ich brak. Standardem są tzw. reiskosten (kilometrówka) oraz pensioen czyli plan emerytalny.

Okazało się jednak, że stawkę zaoferowali mi niższą niż w ogłoszeniu, wcześniej zapytali mi się ile obecnie zarabiam, a ja głupia im powiedziałam. Nie było mowy o negocjacji, nie chcieli mi dać tej niższej kwoty z widełek. Po drugie nie było planu emerytalnego. Tłumaczyli się, że są za małą firmą. Ok, ale po co pisali o tym w ogłoszeniu? W moim wieku muszę myśleć o przyszłości. Wprawdzie mogłabym się ubezpieczyć sama, ale to by oznaczało wydatek rzędu 300 euro.

O ile mogłabym zaakceptować niższą stawkę to plan emerytalny to punkt absolutnie obowiązkowy. Zdecydowałam się nie podpisywać gotowej już dla mnie umowy i szukać dalej. W końcu do listopada umowę mam, nie pali mi się grunt pod nogami, mogę szukać na spokojnie.

Problemy z Umową o Pracę: Czego Unikać w Holandii?

Przyszła do nas na kolację wczoraj siostra Artura. Relacje z nią są daleko lepsze niż z mamą, ale nie zostałyśmy jakimiś bliskimi przyjaciółkami. Pracuje jako specjalista HR w urzędzie gminy, skończyła jakieś ciężkie studia zakonczone egzaminem i zna się na tym co robi.

Przeczytała moją umowę o pracę, którą dostałam na maila podczas pobytu w Polsce. Szczerze mówiąc to sprawdziłam tylko, czy jest na moje dane, czy kasa się zgadza i czy jest na czas nieokreślony tak jak było mówione na początku. Nie była, jest na kolejne 6 miesięcy. Potem dopiero zorientowałam się, że dostałam tylko jedną umowę, a tej pierwszej ciągle nie. Jest tylko mowa, że to przedłużenie, nie wiem czy w razie, czego mam prawo do zasiłku.

W każdym razie włosy jej dęba stanęły na głowie. Powiedziała, że pierwszy raz czyta coś takiego, ale to Holenderka, pracowała w porządnych firmach, może tam takie kwiatki nie występują. Można powiedzieć, że umowa balansuje na granicy prawa. Wiedziałam już wcześniej, że mam tylko 20 dni urlopu, ale dowiedziałam się o tym od mojego kolegi z pracy, bo podczas rozmowy kwalifikacyjnej szef „udał”, że nie wie ile jest urlopu i zaakceptował, że 24-25 dni. Oficjalnie wg holenderskiego prawa jest to rzeczywiście tylko 20 dni na rok, ale NIKT nie daje tylko tyle. Zwykle jest więcej. W poprzedniej firmie miałam 30 dni plus 2 dni za to, że skończyłam 40 lat plus np godziny na wyjście do lekarza, czy dentysty oraz np dni na przeprowadzkę, śmierć członka rodziny i takie tam. To w Polsce jest chyba urlop okolicznościowy. Artur ma 40 dni urlopu, bo dodatkowe dziesięć przysługuje z powodu stażu pracy. W Holandii pracodawcy często oferują pracownikom więcej, niż minimum wymagane przez prawo. Jeśli chodzi o urlop to dzieje się to tak powszechnie, że nie widziałam nigdy ogłoszenia o pracę z 20 dniami urlopu. Nawet Artur był przekonany, że jest ich więcej.

W umowie jest pełno błędów stylistyczno-ortograficznych. W dwóch liniach znalazła ich aż pięć. Wspomina się tam mój numer BSN (służący do rozliczeń podatkowych z Belastingiem, czyli holenderskim urzędem skarbowym), którego oficjalnie nie powinna tam być. Pracodawca zastrzega sobie prawo do bezpłatnych godzin nadliczbowych, a także do zmiany miejsca i zakresu pracy, a także zmiany stanowiska. Mogą więc mnie np zrobić sprzątaczką. Chorobowe jest płatne 70 % przez 3 miesiące. Z reguły to dzień albo dwa, czasami pierwszy rok jest pełnopłatny, a drugi 80%. Umowa zawiera miesięczny okres wypowiedzenia, czego w takich krótkoterminowych umowach się w Holandii nie stosuje. Data podpisania umowy to 23 maja, a kontrakt zaczyna się 11 maja. Nie wolno przyjmować żadnych prezentów (nie tylko od klientów co zrozumiałe), ale też od kolegów z pracy.

To oczywiście tylko i wyłącznie moja wina, że podpisałam to gówno bez przeczytania, ale po pierwsze byłam tak zadowolona, że w końcu mam jakiś papier w ręku, a po drugie byłam na wakacjach i nie miałam do tego głowy.

Wiecie co dzisiaj robię? Szukam nowej pracy. Nie zamierzam tam być w sierpniu, kiedy moi koledzy jadą na wakacje na 4 tygodnie, a ja zapewne będę zmuszana do robienia darmowych nadgodzin. Teraz rozumiem dlaczego szukano pracownika nieoficjalnymi kanałami, a przecież nie chodziło o jakieś bardzo specjalistyczne stanowisko, które trudno obsadzić.

Teraz mam nauczkę na przyszłość: nigdy, ale to nigdy nie podejmować pracy bez podpisanej umowy w ręku, a po drugie zawsze czytać, co się podpisuje.

Obiadek u mamusi

Dzisiaj Artur jadł obiadek u mamusi. Właściwie to kolację, ale to jak u nas obiad tylko później jadany. O 12 to oni tu mają lunch. Prawdę powiedziawszy to ja się do tego rozkładu posiłków dostosowałam. Rano jem śniadanie, zabieram coś ze sobą na drugie i lunch oraz popołudniową przekąskę. Potem jem kolację na ciepło, bo w polskiej porze obiadowej to ja jestem w pracy, wracam późnym popołudniem to bez sensu gotować jakieś zupy i ziemniaki.

Ale ja nie o tym. Niech tam każdy jada jak chce i na zdrowie. Ja o tym, że Artur od lat jada te kolacje u mamusi. Jak był samotnie mieszkającym kawalerem to OK. Ale ja tu mieszkam już półtora roku. Jesteśmy jakby w związku, jeździmy razem na wakacje, budżety mamy osobne ale gotujemy wspólnie. Znaczy ja gotuję, bo robię to lepiej, ale śniadania i lunche do pracy to on sobie sam szykuje. Nie wtrącam się, on tam głównie żywi się muesli i kanapkami z żółtym serem. Ale moje wprowadzenie się nie zmieniło tego, że do mamusi jest proszony jednoosobowo. Ja rozumiem, że może być trudno, bo nie jem mięsa, ale zawsze można pójść na kompromis i zrobić coś bez. W holenderskich sklepach jest pełno półproduktów, to tylko kwestia chęci. Rozumiem, że czasem by chciała z nim porozmawiać sam na sam, ale wyobrażacie sobie sytuację, że na niedzielne obiadki w Polsce u mamusi/teściowej jesteście zapraszani pojedynczo? Ja nie.

Pogodziłam się z tym, ale czy to nie świadczy o tym, że nawet jego matka nie wierzy w trwałość naszego związku? Nie wspominam nawet o tym, że ona u nas na żadnej kolacji nie była, a na ostatniej kawie jakieś parę miesięcy temu. Czy to wszystko nie dziwne?

Tydzień w Polsce

Byliśmy w poprzednim tygodniu w Polsce, po raz pierwszy odkąd jesteśmy razem. Wiem, że to dziwne, ale to tylko określa temperaturę naszego związku. Średnią mocno. Bez komentarza to zostawiam.

Oczywiście musiało być tak jak on chciał, bo proponowałam na początek tylko Kraków, to on koniecznie chciał też Zakopane, bo lubi góry. A już wiedziałam po zeszłorocznej wizycie w Krakowie, że wizyta mieszana z Zakopanem to ne jest najlepszy pomysł, bo albo to albo to i zmęczona wrócisz. Jakoś udało się pogodzić te dwie rzeczy w tydzień, choc musiałam przyjąć do wiadomości, że nie uda się zrealizować tego co bym sobie wymarzyła czyli muzea, wizyta na zamku w Wawelu, kopalnia soli w Wieliczce, obóz koncentracyjny Auschwitz-Birkenau.

Najbardziej chyba mu podobało się jedzenie, choć zaskoczyło nas, że w Krakowie doliczają do rachunku opłatę serwisową. Wolę sama decydować o napiwku, a w tym wypadku nie jestem pewna, czy ta opłata idzie w ręce personelu czy właściciel bierze sobie do kieszeni. Rozumiem jednak, że w czasach płatności kartą trudno jest o napiwek dla personelu. Tylko niezbyt mi się podoba idea, że ta opłata jest narzucona z góry i że obsługa liczy na to, że obcojęzyczny klient się nie zorientuje.

W każdym razie 6 lipca lecę sama do Polski, na 2 tygodnie i to będą prawdziwe wakacje.

Ubezpieczenie zdrowotne w Holandii

W nawiązaniu do komentarza pod moim poprzednim wpisem chciałabym po krótce jak wygląda ubezpieczenie w Holandii. Po pierwsze ty sam sobie opłacasz ubezpieczenie zdrowotne. To wygląda trochę jak OC samochodu. Podstawowy zakres określa państwo, ale koszt zależy m.in od twojego wieku i tego co chcesz mieć zawarte. Dopłaca się za fizjoterapeutę, dentystę, okulary czy soczewki, środki antykoncepcyjne. Tu ciekawostka: środki antykoncepcyjne do 21 są opłacane przez państwo, a pigułka dzień po jest do kupienia w drogerii, bez wypełniania jakiś ankiet i tym podobnych.

Pracodawca opłaca cię fundusz emerytalny i dotyczy to także pracy przez agencję pracy tymczasowej. Poza tym za każdy rok pracy/pobytu w Holandii przysługuje ci państwowa emerytura w wysokości maksymalnie 1400 euro. Jeśli brakuje ci lat, dopłacana ci jest emerytura socjalna, ale przysługuje ci ona tylko w Holandii, jakbym wróciła do Polski to już nie. Dlatego niektórzy kombinują: oficjalnie są zameldowani i mieszkają, a nieoficjalnie wracają sobie do rodzinnego kraju.

Wiem, że to może brzmi dziwnie, ale mam opłacane podatki, bo normalnie się mogłam tu rozliczyć przez stronę i wiem, że jestem tak zgłoszona. Dostaję też informacje z funduszu emerytalnego, więc wiem, że jestem zgłoszona. Dostałam kilka (ale nie wszystkie) tzw. loonstrook czyli paski wypłaty. Tylko umowy na papierze nie i w związku z tym np o tym, że prawdopodobnie mam tylko 20 dni urlopu dowiedziałam się od moich kolegów z pracy…

O tym jednak następnym razem…

Praca bez umowy

U mnie wszystko w porządku: pracuję, ciągle bez umowy i aż wstyd się przyznać. Płacą co miesiąc, ale dokumentu do ręki nie dostałam do tej pory. Najpierw było mówione, że coś tam trzeba zmienić i szef podpisze, ale minęło pół roku i nic się nie zmieniło. Rozmawiałam z nim, babką od księgowości, moją bezpośrednią szefową i nadal nic. 11 maja upłynęło mi pół roku, miałam obiecaną stałą umowę, ale przestałam się dopominać. Zacznę się powoli rozglądać za nową pracą, od sierpnia, bo w lipcu jadę na urlop i nie chcę nowej pracy zaczynać od wolnego. Miałam nawet już jedną propozycję: dostałam wiadomość na Linkedin, czy nie byłabym zainteresowana pracą jako asystentka w biurze Action. Zależało im na kimś z językiem polskim. Nie wiem, czy bym dostała tę pracę, ale z żalem musiałam odmówić udziału w rekrutacji. W jedną stronę minimum 1,5 godziny…

Zawsze myślałam, że takie rzeczy dzieją się tylko w Polsce. Właściciel, który mnie zatrudniał ma ponoć 10 firm i nie ogarnia, ale to przecież nie moja wina? W sierpniu moim koledzy idą na urlop i bardzo bym nie chciała zostawiać firmy, ale jeśli dostanę dobrą ofertę to nie będę się wahać.