Zadzwoniłam przedwczoraj do księgowego, który umówił mnie online na spotkanie w sprawie rejestracji firmy. Termin mam na 15 listopada. Wstępnie gadałam z laską, która zrobi mi ulotki. Dobrze, że mam u B kasę z inwestycji to będzie i na ulotki (150 euro) i na opłatę za założenie firmy (65). Dziwne wydaje mi się to, że za to trzeba płacić, bo w Polsce to jest zdaje się za darmo. Z czegoś jednak to Państwo musi się utrzymywać. Zrobiłam sobie wyliczenie. Jeśli będę pracować za 15 euro na godzinę przez 40 godzin w tygodniu to będę mieć nawet po odliczeniu podatków i kosztów własnych znacznie więcej niż w hotelu. Plan minimalny zakłada przynajmniej taki sam zarobek. Plusem jest na pewno większy komfort psychiczny, nie będę musiała dojeżdżać, bo klientów poszukam sobie w okolicy i tak ułożę sobie grafik, aby co najmniej weekendy mieć wolne. Jak tylko stanę trochę na nogi jeden weekend w miesiącu poświęcę na zwiedzanie. W końcu tyle lat na świecie żyję, a specjalnie nic nie widziałam. Może zacznę od tego nieszczęsnego Paryża?
Owszem mam jeszcze kredyty do spłacenia, ale wkrótce zostaną mi tylko dwa. Oraz długi u braci. Zacznę sobie nadpłacać i w końcu wyjdę na prostą.
Myślałam o wzięciu kredytu w Polsce na zakup małego mieszkanka, co nie jest takie proste, bo przepisy mówią o tym, że kredyt można wziąć tylko w walucie, w której się zarabia…