Jechałam sobie wczoraj na luziku i na pożyczonym od dziadka rowerze do klienta, kiedy to zatrzymała mnie grupka kobiet. Okazało się, że jedna z nich upadła i się potłukła, a to tak nieszczęśliwie, że trzeba było wzywać pogotowie. A dodać muszę, że pogotowie w Holandii generalnie jeździ do naprawdę ciężko poszkodowanych. Straciłeś chwilowo przytomność? Napij się wody. Może zapomniałeś wziąć leków? Duszno ci? Otwórz okno. Do starszej pani, która mieszka w pobliżu moich koleżanek z byłego hotelu, pogotowie nie przyjechało mimo, że zasłabła, przewróciła się i nie miała siły wstać. Kazali dzwonić do lekarza rodzinnego. Nikt tu nie dzwoni więc bez potrzeby.
Zsiadłam więc z roweru i dopiero wtedy zauważyłam, że jest ślisko. Dlatego mnie zatrzymały. Potem jechałam z duszą na ramieniu i z trudem utrzymałam równowagę jak hamowałam w miejscu docelowym. Tu jest bardzo zdradliwie, bo to nawet nie była taka typowa gołoledź, którą widać z daleka. Z powodu dużej wilgotności w powietrzu opada ona potem na drogi i to wygląda jakby padało.
I teraz coś mi się zalęgło w sercu albo może w duszy. Nie wiem, czy mam serce i duszę, bo wiadomo, zimna ze mnie suka, a duszę sprzedałam za euro. Coś tam jednak w środku usiadło i nie chce wyjść. To strach. Teraz boję się skręcać, przyspieszać i hamować, mimo że w ciągu dnia wcale nie jest już ślisko. Ciągle mam jednak przed oczami zakrwawioną twarz tej kobiety. Do tej pory jeździłam szybko, właściwie bez strachu, choć uważnie, bo oni tutaj czasami pędzą jak szaleni.
A dziś mnie klient dobił jeszcze informacją, że w zeszłym roku w pobliżu kobieta upadła na rowerze i tak nieszczęśliwie uderzyła się w głowę, że zmarła. Nie powiem, żeby pomogło to wygnać strach. A przecież muszę jeździć. Sytuacji nie poprawia fakt, że nie jeżdżę na swoim rowerze, wiec jestem podwójnie niepewna. Wprawdzie dziadka rower jest nowszej generacji, lżejszy, ale przyzwyczaiłam się do swojego. Na szczęście bateria ma przyjść już jutro…