Słodki smak dzieciństwa

Ze wszystkich smaków dzieciństwa ten jeden pozostaje niezmieniony: smak syropu z cebuli. Paskudny jak zawsze. Nie miałam jednak dużego wyrobu, bo syropek z marketu nie zadziałał. Co było robić kupiłam cebulę, pokroiłam i piję, choć zaprawdę znam przyjemniejsze napoje. Nie jestem w dodatku pewna, czy pomaga, bo raz jakbym kaszlała mniej albo wcale, a potem znowu wraca. Generalnie czuję się lepiej, tylko ten kaszel mi został. Już trzeci tydzień się tak męczę…

Poczułam się jednak na tyle lepiej, że pojechałam z dziadkiem te maszyny oglądać. Daj jednak facetowi palec zaraz chce rękę. Obejrzeliśmy jeden silnik, taki co to służył swego czasu do osuszania jeziora. Nie powiem, ciekawe to było, ale większość oglądających to byli faceci. Tych parę pań mam wrażenie, że było w podobnej sytuacji jak ja 😉 Potem dziadek chciał mi pokazać inną maszynę. Ta działała pionowo, tamta poziomo, czy jakoś tak. Ta druga już nie jest sprawna i uruchamiają ją na prąd, aby pokazać jak w przeszłości działała. Nawet fajnie to muzeum było zrobione, bo natrafiliśmy akurat na rodzaj przedstawienia tj oprowadzały nas postacie historyczne. Z tym, że one po holendersku, więc czułam się jak na tureckim kazaniu. Zmarzłam w dodatku, bo tam zimno było raczej.

Potem byłam umówiona z koleżanką. Miałam przyjechać do niej. Ciągle się wymawiałam a to chorobą, a to zmęczeniem, to mówię sobie muszę jechać. Nie wiedziałam tylko gdzie aktualnie przebywa, czy u siebie czyli dalej, czy u amanta, bo poderwała jakiegoś Holendra, ale za to bliżej mnie. Trochę to teraz mi się wydaje nie na miejscu, że zapraszała mnie w sumie nie do siebie, a do niego, a ona tam też jest tylko gościem i jak na razie tam nie mieszka. Może on wcale nie miał ochoty mnie tam zapraszać?

Jak już się zdecydowałam to oni zaczęli zmieniać zdanie. Jednak może przyjadą do mnie, samochodem, a potem pojedziemy coś zjeść? No dobrze, ale w sumie to ja się chciałam z nią zobaczyć, a nie gdzieś tam łazić. Potem, że jednak przyjadą motocyklem, bo on chce się przewietrzyć. No, a ja nie byłam nastawiona na gości, ani nie uprzedzałam dziadka, że ktoś będzie, ani sama się na to nie przygotowałam.

Pojechaliśmy w końcu do takiej knajpki nieooodal na herbatkę. Trochę pogadałyśmy, on trochę posiedział i nic nie rozumiał, bo nie umiem z Polakami po angielsku rozmawiać. Poza tym jedna rzecz mnie uderzyła i tak im mocniej myślę tym bardziej mam mieszane uczucia. Otóż pojechaliśmy tam we trójkę, to nie była randka. Ona zachowywała się jak zakochana nastolatka i kilkakrotnie zrywała od stolika całować go namiętnie. Nie mam nic przeciwko parom, niech sobie chodzą za rękę i całują, choć może nie wtedy, jak siedzą ze mną przy stoliku? I to jeszcze on wcale jej nie zachęcał, coś tam sobie oglądał w telefonie, a ona do niego z paszczą.

Rozumiem, zakochała się. Facet przeciętny bardzo Holender po 50tce i po rozwodzie, sympatyczny, ale ani Clooneyem, ani Einsteinem nie jest. No ale to nie mnie ma się podobać. Ona przedtem z czułością opowiadała mi o jego dziurawych skarpetkach (o jakie to słodkie hihi) by potem narzekać, że poszedł sobie na piwo a do niej nie zadzwonił. Obawiam się, że za jakieś 2 lata jej przejdzie i dziurawe skarpetki nie będą wydawały się jej słodkie tylko wkurzające.

W każdym razie poczułam się lekko zniesmaczona, ale może przesadzam??

Stały związek

Przeziębienie się trzyma mocno. Przynajmniej jakiś stały związek w moim życiu. Szkoda tylko, że chory ten układ. Objawia się teraz to napadami, a to kataru, a to kaszlu, albo znowu boli mnie gwałtownie gardło. Stan ten bym określiła: do życia za mało, do śmierci za daleko. Czy to już mi zostanie na zawsze? Na szczęście mogę iść do pracy, nie bolą mnie już mięśnie ani głowa, bo starannie łykam paracetamol, ale muszę się pilnować, aby gwałtownie nie zacząć kaszleć u klienta. Wczoraj u jednego np myłam okna na zewnątrz, co na pewno mi nie pomogło, mimo że ciepło się opatuliłam.

Poszłam wczoraj na siłownię, bo ile to można nie ćwiczyć, ciągle mi coś wypada, a to urlop w Polsce, a to Paryż, a to niewyspana byłam, a to chora. Starałam się nie spocić za bardzo. Czułam się nawet dobrze, potem te okna chyba mnie dobiły i mamy taki status quo: zdrowa nie jestem, ale bardzo chora też nie.

Chyba wolałabym normalną grypę z dreszczami i gorączką. Położyłabym bezkarnie się do łóżka na 3 dni, wygrzała, wypociła, a tak mogę tylko liczyć, ze sobie poleżę po pracy. Albo w niedzielę. z tym, że nie tą. Dziadek mnie wyciąga na oglądanie jakiegoś silnika parowego. Kiedyś mi opowiadał jak to osuszali coś za pomocą takich silników, uprzejmie się zainteresowałam, bo grzeczna jestem i słucham jak się do mnie mówi i teraz wpadłam jak śliwka w kompot, bo jedziemy. Stanowczo muszę potrenować asertywność.

Pan kotek był chory

…i leżał w łóżeczku. To zaczęło się w poniedziałek, ale myślałam, że jestem zmęczona z niewyspania po wieczorze wyborczym. Tak a propos wyników w Holandii wygrała KO, a PiS był dopiero czwarty…

Po południu mnie zaczęło boleć gardło, tak z minuty na minutę. Nie było jednak aż tak źle, abym musiała zostać w łóżku na kilka dni. W ciągu dnia jak się ogarnęłam nie było tak źle, najgorzej było wieczorami i nocą. Nie mam za wiele leków, bo na ogół nie choruję i nie pomyślałam o tym, jak ostatnio byłam w Polsce, a tu nie jest tak jak u nas. Apteki są rzadkie i jest w nich drogo, a pójście do lekarza oznacza, że mam brać paracetamol i zostać w łóżku. Tyle to ja i wiem bez lekarza. Niestety nie mogłam sobie pozwolić na leżenie, bo wprawdzie mam ubezpieczenie zdrowotne, ale nie chorobowe. W razie czego mogę iść do lekarza rodzinnego i dostać receptę, czy położyć się w szpitalu, ale nie zapłacą mi za straconych klientów.

Chodziłam więc do pracy, a wieczorami leczyłam się herbatą z imbirem i cytryną. W piątek pojechałam do polskiego sklepu, bo mają też leki. Za saszetkę teraflu zapłaciłam 1.39 euro, podczas gdy w polskiej aptece cena za opakowanie 14 saszetek nie jest wyższa niż 20 zł…. Chyba zły biznes w tej Holandii założyłam, może powinnam sklep otworzyć?

Wczoraj wróciłam do domu, wstawiłam pranie i położyłam się pod kocyk elektryczny. W tutejszym sklepie nabyłam paracetamol, stwierdzając po co mam płacić za Teraflu, którego głównym składnikiem jest paracetamol właśnie. Oprócz tego kupiłam jakiś syrop Tymianku, żałując niezmiernie że nie mam mojego guajazylu.

Dzisiaj leżę cały dzień w piżamie, wyglądam jak bezdomne dziecko, głowa mnie boli i raz mam wrażenie, że jest lepiej, a raz gorzej. Nie mam gorączki i dreszczy, więc to nie grypa. Jutro niestety muszę wstać, bo rachunki same się nie opłacą…

A ty czy głosowałeś?

Wybrałam się na wybory. Pierwszy raz odkąd mieszkam w Holandii. Aż wstyd się przyznać,ale do tej pory niedziele miałam pracujące. Teraz mam ten luksus i mogłam.

Pojechałam do Hagi do ambasady, choć do Amsterdamu bliżej, ale tak rzadko bywam w stolicy, że aż żal było nie skorzystać z okazji. Myślałam, że może uda się przy okazji coś zwiedzić. A tu guzik. Wysiadłam z tramwaju myśląc, jak tu dojść do tej ambasady, żebym się nie zgubiła. Nie musiałam długo szukać. Kolejka wyprowadziła mnie z błędu, że to potrwa 15 minut. Dwie godziny czekania wliczając wizytę w toalecie. Cały naród rzucił się w Holandii głosować. Rozmawiałam z pracownikami ambasady, poznałam przemiłego pana ambasadora i panią ambasadorową i powiedziano mi, że zarejestrowano dwa razy więcej chętnych niż ostatnio. Polka, która mieszka w Holandii 30 lat mówi, że nie pamięta takiej kolejki.

Od połowy kolejki myślałam tylko o jednym. Aby wrócić do domu i zdjąć szpilki. Ubrałam się bowiem elegancko, w dzianinową sukienkę 3/4, która miała debiut w Paryżu i do której pasują tylko buty na obcasach. Buty są trochę za ciasne.. Ten sam model, ale inny kolor który kupiłam nauczona doświadczeniem, o numer większy i te są z kolei za duże. Jak oni robią te buty??

Musiałam jednak wyglądać zajebiaszczo, bo baby zabijały mnie wzrokiem, a kontrolerzy w autobusie powiedzieli mi dzień dobry i do widzenia i w ogóle nie chcieli ode mnie biletu. Muszę częściej nosić szpilki, może się w końcu cholery rozejdą??? Sukienka jest strzałem w 10, bo w ukośne paski, które powodują, że wyglądam tak z 5 kilo mniej.

Mam nadzieję, że mój głos będzie miał jakieś znaczenie, choć złudzeń nie mam… A ty? Czy już głosowałeś?

Wina imigrantów

Przyjechałam wczoraj od klienta i zabrałam się za sprzątanie, chociaż miałam pójść na siłownię. W pokoju jednak miałam taki burdel, że jeszcze trochę to by odwiedziła mnie Perfekcyjna Pani Domu. Z szufelką.

Ułożyłam ciuchy w szafie, kosmetyki do pudełeczka, co niepotrzebne wyrzuciłam. Odkurzyłam, zmyłam podłogę i mogłam się wreszcie zrelaksować. I tak nie jest tak na 100% porządnie, bo jak się ma tylko jeden pokój do dyspozycji to jest w nim wszystko. Na małej suszarce pranie, a w rogu miska z ubraniami, które uprały się z różowym sweterkiem i lekko zafarbowały…Na parawanie dosusza się ręcznik. W rogu buty, które już nie mieszczę się w szafie. Torby i torebki wiszą gdzie się da.

Na razie muszę jednak wytrzymać, bo na własne mieszkanie szanse małe. Na ostatnie, jakie ogłoszono na portalu z mieszkaniami socjalnymi zgłosiło się przeszło 2200 chętnych… Za 2 lata może moje szanse się zwiększą, bo często trzeba mieć tyle stażu. Szkoda, że nie zapisałam się na to mieszkanie od razu jak mnie dziadek zameldował, miałabym już rok stażu.

Oczywiście on twierdzi, że to iż na mieszkanie tu się czeka czasami i 12 lat to wina imigrantów. Ale ja też przecież jestem imigrantką…

Paris raz jeszcze

Jeszcze o Paryżu zdań kilka, bo było parę komentarzy i stwierdziłam, że za dużo by pisać. Popełnię osobny wpis.

Ja też, jeszcze w zeszłym, słyszałam, że w Paryżu niebezpiecznie i brudno. Ostrzeżenia były na tyle mocne, że zaczęłam się zastanawiać, czy warto narażać życie. We cztery nie było strach jechać i nie żałuję.

Oczywiście pewnie są w Paryżu dzielnice, w które lepiej się nie zapuszczać nawet w biały dzień o ile się nie jest tubylcem, zwłaszcza na przedmieściach. W każdym jednak mieście w Polsce są takie miejsca. Ja się nie czułam absolutnie zagrożona, a torebkę to mogą mi wyrwać w metrze w Warszawie też. Chyba, że coś się zmieniło i w Polsce już nie kradną wcale, to przepraszam bardzo.

Nie było wcale brudno. Lotnisko Orly duże i nowoczesne, bardzo przestronne w porównaniu z lotniskiem na Schipholu. Metro wiadomo stare, ale też czysto. Na placu wokół Łuku Triumfalnego kosze na śmieci. W parku czysto i kulturalnie. Na Polach Elizejskich także. W okolicy naszego hotelu, który był położony dalej od centrum może niezbyt już pięknie, ale nadal czysto. Łaziłyśmy tam też po nocy i żaden z osobników nas nie zaczepiał. Jeśli ktoś się może czuć zagrożony to przez fakt, że na ulicach widać ludzi o różnym kolorze skóry. I w tym bym upatrywała opinii, że w Paryżu brudno.

Zaprawdę powiadam Wam, że najbrudniejszym miastem jakie widziałam w życiu było Glasgow. Byłam bardzo nieprzyjemnie zaskoczona, że na ulicach, przed blokami, na przystankach jest taki syf. Ale Wyspiarze właśnie wyglądali na takich co to do higieny nie przywiązują uwagi: ani osobistej, ani otoczenia. Tyle, że sympatyczni.

Jeśli ktoś więc chce przekonać się na własną rękę serdecznie polecam. Ja na pewno pojadę jeszcze raz.

Nocny telefon

Jest niedziela wieczór. Kładę się zrelaksowana, po mile spędzonym dniu do łóżka. Telefon mam wyciszony, ale słyszę wibracje: jest 22.30. Dzwoni polski numer. Pierwsza myśl: bank albo windykacja. Odparłam jednak ją szybko, bo nawet jeśli to przecież nikt nie dzwoni z banku o tej godzinie w niedzielę. Druga myśl, znacznie bardziej niepokojąca: coś się stało bratu. Ponieważ po okresie zaległości mam traumę i nie odbieram numerów, których nie znam, czekam. Jak coś pilnego to napiszą. I rzeczywiście dostaję sms. Nie w sprawie brata…

Jakoś tak przed wakacjami odpowiedziałam na apel znajomej koleżanki z FB i zgłosiłam się społecznie do moderacji jednej z grup. Praca polega generalnie na przeczesywaniu Facebooka i wrzucaniu odpowiednich postów na jedną, wspólną grupę. Dostałam dostęp do służbowego FB, województwo do zrobienia i zaczęła się orka. To trochę monotonna praca, ale ja lubię czasami takie. Tematyka szczytna. Tylko, że trzeba codziennie godzinę co najmniej poświęcić. A nie chce się albo człowiek ma ochotę gdzieś wyjść. Jak gdzieś zabałaganiłam to po 2 dniach kląć w żywe kamienie, to że chciało mi się gdzieś wychodzić, odrabiałam zaległości. Podczas urlopu ktoś mnie musiał zastąpić. Nawet myślałam, że na dłuższą metę to męczące i zrezygnuję z tej dobroczynnej działalności po Nowym Roku.

I to był telefon od jednej z koleżanek, z innego województwa, w sprawie posta, który wrzuciłam na wspólny czat, bo był z pogranicza. Z myślą, aby ta druga laska też wrzuciła u siebie. Zamknęłam laptopa i poszłam spać.

Ja przepraszam bardzo, odrobiłam swoją działkę. Na więcej nie mam czasu, ale wiem że inne osoby dzielą te posty na czworo wrzucają na inne grupy, siedza po kilka godzin. Każdy robi to co lubi. Ja robiłam tyle ile mi powiedziano, a nie powiedziano, że ktoś będzie do mnie dzwonił po 22. Nie jestem w końcu konsultantem premiera ds wojny atomowej. Nikt nie umarł, nie było żadnego wypadku, a ja nie jestem lekarzem czy strażakiem. Odpisałam lasce, że ja już śpię, bo jutro wstaję wcześnie, ale to jej nie zniechęciło, bo zadzwoniła raz jeszcze. Mam odebrać, to ona mi wyjaśni co zrobić. Skończy się tym, że spać pójdę o północy i znowu będę żywe zombi.

Znowu zgodziłam się na coś, bo myślałam, że pomogę, a lubię pomagać o ile się na czymś znać, ale i tak weszli mi na głowę. Napisałam rano do laski, żeby na przyszłość nie dzwoniła do mnie po 22, a do koordynatora, że ja rezygnuję, potrzebna osoba bardziej zaangażowana.

Muszę zdecydowanie popracować nad swoją asertywnością. Albo może to ja przesadziłam z reakcją???

Paryskie impresje

Wypad do Paryża udał się. Pogoda wyjątkowo dopisała i było bardzo ciepło. Samolot w obie strony odleciał planowo, nikt się nie zgubił. Teraz doszłam do wniosku, że jednak pociąg był lepszym pomysłem, bo zatrzymuje się w centrum i nie trzeba płacić 13 euro za dojazd specjalnym autobusem, a jedynie 1.90.

Dziewczynom się podobało, teraz chcą do Rzymu. Ja jednak nie jestem pewna, bo minusem było to, że jak się jedzie w kilka osób to się trzeba dogadać. Przez to nie zobaczyłam tego wszystkiego co chciałam. Sobie chyba pojadę do Paryża osobno, już sama. Poza tym rola przewodnika jest męcząca, bo to ja sprawdzałam jak i czym dojechać, pomagałam kupować bilety, a nawet zamawiać kawę. Żadna bowiem okazuje się, nie wie jak jest określona zwykła czarna kawa w menu, a czasami nie wiedziały co chcą zjeść i co to jest carbonara. Najlepszą knajpką okazała się włoska pizzeria, ale menu było po francusku i musiałam im tłumaczyć co jest co. Niektóre określenia są uniwersalne jak np ta nieszczęsna kawa to po prostu americano, ale to trzeba gdzieś chodzić. Poza tym jak coś nie wiedziałam po francusku to sobie pomagałam w angielskim albo dopowiadałam inteligencją 😉 Dziewczyny natomiast w językach słabo…

Zrobiliśmy trochę fotek, przeszliśmy się Polami Elizejskimi i o północy wylądowałyśmy w Amsterdamie. Rano szłam na ósmą do klienta, nie dałam sobie dnia odpoczynku, co było błędem, bo do teraz dochodzę do siebie. Jednak się pracuje na swoim to się nie zarabia podczas urlopu. Teraz muszę nadrobić.

Poza tym w ogóle nie rozumiem pretensji, że w Paryżu jest brudno i niebezpiecznie. Z ostrzeżeń sprawdziło się tylko to, że drogo. Jednak dla mnie nie aż tak szokująco, bo w Holandii też nie jest tanio. Drogo jest może dla kogoś kto przyjechał z Rzeszowa i porównuje ceny z polskimi. Nikt nas też nie chciał napaść, ani nic wyrwać, ani na nic naciągnąć. Rozumiem, że dla zwykłego Polaka może być szokujące to, że w Paryżu widzi się tak wiele osób o różnych kolorach skóry, ale w Holandii się do tego przyzwyczaiłam. Brudno nie było bardziej niż w Łodzi. Żadnych walających się śmieci nie widziałam. Byliśmy i w centrum i poza centrum więc mam porównanie. Pewnie są w Paryżu lepsze i gorsze dzielnice, ale to tak jak wszędzie.

W międzyczasie

Przyleciałam do Amsterdamu, przepakowałam się, jutro lecę do Paryża. Chyba polubiłam podróże samolotem. W porównaniu z busem jest się po prostu o wiele mniej zmęczonym. Oszczędza się też na czasie. Dzisiaj na dworzec u mnie we wsi sobie podjechałam autobusem gminnym. Przemiły kierowca wysadził mnie tuż przy przejeździe, mimo że ponoć jakieś skargi miał, że staje nie na przystanku. Jak Boga kocham, komu to przeszkadza? Akurat przystanek jest ustawiony w nieżyciowym miejscu. Chłopak robi uprzejmość, ale zawsze znajdzie się ktoś niezadowolony.

Już patrzyłam na loty na Święta, ale ceny jak zawsze wysokie. Może polecę tylko z bagażem podręcznym, ale chciałabym jakieś prezenty zabrać… W każdym razie na pewno nie pojadę ani autobusem, ani busem. Pracuję, ciężko, mam firmę, stać mnie na ten bilet.

Pogoda na Paryż zapowiada się rewelacyjnie: w sobotę ma być 29 stopni, a poza tym 22-24 stopnie, w niedzielę ma padać. Mam parasolkę. Wzięłam cztery sukienki i dwie pary butów na obcasach. To w końcu Paryż!

Koniec urlopu

Wakacje w Polsce się kończą. Jutro wracam do Holandii, ale urlop się nie kończy, bo w piątek czeka już na mnie Paryż 🙂 W sumie wszystko się udało, pogoda w ukochanej ojczyźnie dopisała, teraz dopiero się ochłodziło. Spotkałam się ze wszystkimi, udało mi się obronić przed zakupem niepotrzebnych ciuchów, ale coś tam wzięłam. Brat do rany przyłóż. Spotkanie 25 lat po maturze też się udało, choć nie ukrywam, że trochę nieswojo się czułam. Wszystkie dziewczyny bowiem mężatki albo w związku, dzieci, firmy i samochody, a ja nie mam nawet psa, aby się nim pochwalić. Byłam jedyną szczęśliwą singielką w tym gronie. Widać taki mój los 🙂

Rozbroiła mnie tylko moja koleżanka w Holandii, ta roszczeniowa. Napisała mi całą listę zakupów, na ostatnią chwilę, a ja nie byłam przygotowana finansowo. Zwykle jak ktoś potrzebował grubszych zakupów typu papierosy albo alkohol dawał po prostu kasę z góry. Drobiazgi to co innego. Ja ją nawet lubię, ale sponsorować nie mam zamiaru. To znaczy ona mi pewnie odda, ale za jakiś czas, bo pewnie nie spotkamy się od razu. Podałam jej numer konta, ale nie przelała, bo nie zdążyła. Powiedziałam jej, że nie mam i koniec.