Wszędzie dobrze, ale…

Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej. Ja chyba kocham te zatłoczone ulice, krzywe chodniki i te piękne jasne polskie niebo, którym mnie dziś przywitała Polska. Lot był nawet całkiem przyjemny, jeśli tak można powiedzieć o podróży samolotem. O dziwo większe turbulencje były podczas lotu Amsterdamu, a nie krajowego takim małym samolocikiem. Przesiadka była bezproblemowa, tylko walizka, która już była wcześniej pęknięta i klejona, pękła znowu. Ten raz jeszcze wytrzyma, potem może kupię nową. Nie wyspałam się, bo lot miałam o 7. Oczywiście byłam o godzinę za wcześnie, ale czy to kto może przewidzieć ile zajmie to czasu?

Jedynie dojazd do domu był problemowy. Najpierw autobus i pociąg- tu ok. Ale ze stacji miałam 2.5 km. Nie za bardzo miałam kogo poprosić, Uber u mnie na wsi nie działa, a gminny bezpłatny autobus akurat nie jechał. Dobrze, że była piękna słoneczna pogoda to chętnie się przeszłam 🙂 Walizka jest z gatunku porządnych i poza pęknięciem całkiem dobra, więc dobrze zniosła tę podróż.

Teraz mam ochotę zaszyć się w domu, poczytać i nigdzie nie wychodzić. Mam kilka umówionych spotkań i głupio tak to anulować. Chcę zrobić też niespodziankę urodzinową koleżance z byłej firmy 🙂

Następnym razem przyjadę na święta i poza niezbędnymi wypadami do sklepu nie zamierzam nigdzie wychodzić aż do Nowego Roku!

Asertywność

Ostatnio mam problem z asertywnością. Mam wrażenie, że wszyscy mi wchodzą na głowę. Zaczyna się od tej koleżanki, która chciała, abyśmy razem zamieszkały. Ostatnio wysunęła następne propozycje: abym tu zatrudniła kogoś na moje miejsce, przeniosła się do niej, a tam rozwinęła z nią biznes, bo tam bogatsi ludzie mieszkają. Możliwe, ale ja lubię moje miasto, wcale nie zamierzam się wyprowadzać i w sumie mam fajnych klientów. Nie chcę tych bogatszych, proszę bardzo zostawiam ich jej. Co więcej zaproponowała, abym ja ją gdzieś jako mnie zapisała na kurs holenderskiego, bo ona nie chce płacić paruset euro. Dla osób zameldowanych gminy czasami oferują darmowe albo bardzo tanie kursy… Przecież ja sama chcę z takiego kursu skorzystać, wcale nie zamierzam nikogo fikcyjnie zapisywać.

Wcześniej inna znajoma, której znudziła się praca w hotelu wymyśliła sobie, że pójdzie na zwolnienie lekarskie z powodu kręgosłupa. To znaczy kręgosłup ma naprawdę chory, a dowiedziała się, że inna taka poszła z tego powodu na jakąś komisję, dostała zwolnienie, z pracy jej nie mogą wyrzucić, bo ma umowę bezterminową, siedzi sobie w domu, pobiera okrągły zasiłek i żyje jak pączek w maśle. Normalnie jak jesteś chora wystarczy po prostu zadzwonić do pracodawcy i zgłosić sicka. Oczywiście firma ma prawo ci wysłać kontrolę albo wysłać do lekarza, ale to raczej zdarza się przy dłuższych nieobecnościach albo gdy zgłaszasz chorobę podejrzane często. Niech sobie zresztą choruje albo nie. Problem w tym, że lekarze tutaj nie mówią po polsku, ona słabo po angielsku i ja mam być za tłumacza. Nawet zresztą nie zapytała, czy mam ochotę z nią pójść tylko stwierdziła, że ja z nią pójdę w styczniu, bo do końca roku to jeszcze wytrzyma.

Inny kolega, nawet można powiedzieć przyjaciel, nie ma z kim jeździć na urlopy, bo jego współlokator zapoznał dziewczynę i woli urlopy we dwoje. Głupio jednak tak gdzieś jechać samemu, a ja ostatnio mu powiedziałam, że może w lutym sobie pojadę na plaże na jakieś Seszele, bo mam w planach do tego czasu osiągnąć wagę docelową i będę gotowa do zaprezentowania się światu. Potem jednak uznałam, że pojadę w sierpniu, bo i tak większość klientów wtedy jeździ. Przyjaciel ostatnio zapytał, czy luty nadal wchodzi w grę, bo może ewentualnie pojedziemy razem (ale osobno) i on coś poszuka. Wcale nie mam ochoty z nim jeździć na urlopy. Nie dlatego, żeby mi jakieś propozycje składał, ale po prostu nie chcę. Powiedziałam mu więc na urodzinach, że nie wiem co będę robić w sierpniu. Może pojadę nad polskie morze?

Największe jednak wyzwanie czeka mnie w Polsce. Mam taką koleżankę, której wydaje się, że ja tylko po to jadę do kraju, aby się z nią spotkać w celu zakupu ciuchów. Fajnie było na początku jak sporo schudłam wykończona pracą w hotelu i nie miałam czego na siebie włożyć. Ona podchwyciła temat, ja się nie miałam siły oprzeć. Uzupełniłam garderobę, choć też dałam się namówić na zakupu takich ubrań, których normalnie bym nie wzięła. Czasami jej byłam wdzięczna, bo mi dobrze doradziła, a czasami zła, bo i tak tego nie noszę. Ja nie prowadzę aż tak bogatego życia towarzyskiego jak ona. Niektórych ciuchów nie mam gdzie włożyć albo stwierdziłam, że jednak to nie w moim stylu. Generalnie jednak chodzi o to, że szafa mi się nie domyka, budżet też i mam właściwie inne cele. Nie mówię, że nie kupię już nigdy żadnego ciucha, ale stać mnie już, aby coś kupić tutaj od czasu do czasu.

Niestety koleżanka już ostatnio nie zrozumiała aluzji, że mam określony budżet i stwierdziła, że resztę mi rozłoży na raty. Teraz jej napisałam, że nie przyjeżdżam busem a przylatuję. Ogranicza mnie walizka. Też nie zrozumiała. A mówi się, że kobiety takie domyślne…

Jak jej mam powiedzieć, ze to ostatni raz, żeby już nic nie odkładała, bo się po prostu nasyciłam i mam dosyć? Jak nauczyć się mówić tym wszystkim ludziom, że mam inne plany niż nosić ich na plecach? Dlaczego ja się najpierw na wszystko zgadzam, a potem jestem niezadowolona?

A imię jego czterdzieści i cztery

Urodziny udały się bardzo. Spędziłam je tak jak chciałam: w gronie znajomych w knajpie. I dobrze, że ich nie mogłam zaprosić do siebie, bo bym stała przy garach cały dzień, połowa wszystkiego by się została, a goście by siedzieli do bóg wie której. A tak trzy godzinki i do domu. Nie przyszły w sumie trzy osoby, co i tak jest dobrym wynikiem. Dostałam w prezencie 6 flaszek i spokojnie mogłabym urządzić jeszcze jedną imprezę. Wszyscy obecni byli mam nadzieję, co najmniej zachwyceni.

Wprawdzie skończyłam już czterdzieści cztery lata i tylko sześć mnie już dzieli od pięćdziesiątki, ale za to ponoć nie wyglądam. Karmiona tą myślą optymistycznie wkroczyłam we wrzesień, który zaczął się dla mnie bardzo udanie. Mam dwóch nowych klientów, 3.5 kilograma mniej, zaczęłam nadpłacać jeden z moich ostatnich kredytów do spłacenia i wkrótce jadę na wakacje.. Ta myśl trzyma się mnie przy życiu…

Urodzinowy pat

Gorąco tak, że aż pisać się nie chce. Znowu 30 stopni. Starannie hodowałam czerniaka ostatnie trzy dni i z bladoróżowej, miejscami smagniętej słońcem, zrobiłam się nieco bardziej smagnięta. Trochę opaliłam sobie kolana, reszta nóg nadal blada…

Za tydzień mam urodziny, chciałabym ładnie wyglądać. Wolę nie myśleć które. Patrzę w lustro, widzę zbliżającą się starość. Cóż czasu się nie zatrzyma, będzie tylko gorzej… Zaprosiłam parę osób na piwo. Wszyscy powiedzieli, że przyjdą tylko te dwie co się z trzecią pokłóciły nie. Znaczy pokłóciła się tylko ta jedna, ale druga nie przyjdzie dla towarzystwa.

Ręce opadają, w końcu to moje urodziny, co za różnica kto jeszcze będzie? Mogą usiąść z dwóch końców stołu i nie patrzeć na siebie przez 2 godziny? Widać, nie jestem dla nich aż taka ważna…

Płaszcz

Dostałam od klientki na przełomie zimy i wiosny płaszczyk. Czarny, zimowy, wełna z domieszkami. Elegancki. Świetnie wyglądał z dżinsami i botkami na obcasie. Nawet miałam go na sobie kilka razy, bo tu długo zimno, a on bardzo ciepły. Jest tylko jeden problem: jest za duży, bo klientka wyższa ode mnie. Pomyślałam, że może go przerobię, a tymczasem podwinęłam rękawy i mocniej ścisnęłam w pasie.

Teraz jednak jak schudnę to będzie jeszcze bardziej za duży. Szkoda mi go wyrzucać, a oddać nie mam komu. Pomyślałam, że oddam go do krawcowej i przerobię. Może da się trochę zwęzić i skrócić rękawy. Napisałam post na lokalnej grupie polskiej na Facebooku i odezwała się do mnie jedna taka. Profil bez nazwisko, imię dwa razy. Dziwne jak na osobę, która prowadzi biznes. Nawet umówiłam się z nią wstępnie, ale raz, że mam do niej 10 km, a do zimy daleko i mam czas, a nie mam kasy to odwołałam spotkanie. Pomyślałam, że pomyślę o tym po urlopie.

Pani zareagowała bardzo agresywnie. Wprawdzie obyło się bez jakiś epitetów, ale musiałam wysłuchać całej litanii żalów. W dodatku miałam włączone Wi-Fi ale byłam zajęta, ale widoczna na Messengerze, więc dodatkowo uznała, że jestem, ale ją olewam i nie odpisuję. Głównym motywem żalów było to, że straciła przeze mnie pieniądze.

ja tez prowadzę biznes i też nie lubię jak mi klienci odwołują spotkania. Mimo mojej irytacji, nie zdarzyło mi się napisać do nikogo w podobnym tonie mimo, że zdarzyło mi się komuś odmówić, a potem usłyszeć, że jednak tamten nie ma czasu, czy nie będzie go w domu. Zawsze grzecznie odpisuję, że rozumiem i nie sprawy. Mimo, że ja jestem bardziej stratna, bo sprzątanie się nie odbyło i termin przepadł, a klientkę krawcowa, może przesunąć w czasie ewentualnie.

Tym samym straciła we mnie klientkę, bo miałam jeszcze parę ciuchów do przerobienia. Nie spodobała mi się od początku, bo bardzo naciskała na spotkanie i zgodziłam się, choć właściwie chciałam się tylko zorientować jakie mam możliwości. Moja wina, że nie wykazałam się dostateczną asertywnością.

Chyba zapytam tureckiego krawca w centrum, u którego skracałam spodnie i który wprawdzie nie mówi po angielsku, ale za to był bardzo miły. Rodacy jacyś tacy strasznie pazerni na tę kasę.

Rok temu

Paskudna aplikacja googla w telefonie przypomniała mi co było w zeszłym roku tego samego dnia. Byłam wtedy nad morzem, w Zaandvoort, z Marcelem. Miałam na sobie nową czerwoną sukienkę, specjalnie kupioną na tę okazję, byłam świeżo po fryzjerze i byłam szczęśliwa. I to widać na tym zdjęciu. Szkoda, że nie zrobiłam sobie wtedy z nim zdjęcia, ale może i dobrze. Rok minął już, a ja głupia czasami jeszcze o nim myślę. I płaczę tak jak teraz.

Wiem, że to nie było jednak to sobie myślałam, że było, a Marcel mimo zapewnień nie myślał o mnie tak serio jak mi się wydawało. Gdzieś popełniłam błąd, może w ogóle nie powinnam się była z nim umawiać. Zawdzięczam mu jednak to, że raz na zawsze wyleczyłam się z Daniela i jemu podobnych. Co by nie mówić reprezentował znacznie wyższy poziom. Niedostępny dla mnie…

No i przez niego rzuciłam pracę w hotelu, rozwinęłam własny malutki biznesik i zaczęłam wreszcie żyć. Szkoda, że prywatnie mi nie wyszło, jestem jakaś poharatana i widać nie można mieć wszystkiego.

Holenderki

Tak się zastanawiam co wy wiecie o tej Holandii… Tyle czasu już tu siedzę, jeszcze trochę założę trzeci blog z kolei, czyli pięćdziesiątka (niestety), a tu piszę głównie o sobie i wydumanych problemach z facetami i o tym, że znowu przytyłam. Albo, że zmęczona jestem. A tu jednak wypadałoby trochę o Holandii pisać. Nawet miałam zamiast pisać profesjonalnego bloga o mojej przygodzie w Holandii, ale pomysł upadł po paru wpisach ze względu na moje wrodzone lenistwo. To postaram się przemycić tutaj trochę.

Najpierw chciałam zrobić wpis typu 7 w 1, czyli napisać o wszystkim czego się dowiedziałam o Holandii i co wydaje mi się ważne. Ale za dużo tego, zrobi się jakiś artykuł nie daj boże. To zacznę od obywatelek tego kraju.

Pierwsze co się rzuca w oczy to niepozorność Holenderek. Polki lubią się ubierać, stroić i malować, a co najmniej myślą, że są takie skończenie piękne i zadbane. To jednak pół prawdy, bo wystarczy wyjść na ulicę, aby się przekonać, że to kolejny z mitów o Polsce. Na pewno jednak przyjezdnym rzuci się w oczy to, że Holenderki cenią sobie wygodę i noszą się praktycznie. Spodnie, buty sportowe, kurtki. Szaro-buro-bezpiecznie. Trudno popierdalać na rowerze w obcasach. Buty więc nie są tu specjalnie jakieś piękne, generalnie lepiej kupić w Polsce. Tu się chodzi w takich butach, żeby było wygodnie, a nie ładnie. Podobnie jest z odzieżą. Holenderka nie afiszuje się z bogactwem i nie widać po niej, że zarabia milion euro rocznie. To znaczy widać, jak ktoś zna się na ciuchach i markach, ale generalnie w sklepie noszą się normalnie w dżinsy i koszulki. Jeśli widzisz z daleka wysztafirowaną, ubraną od stóp do głów lalę, która nie pasuje do otoczenia to na pewno jest świeżo przybyła Polka ewentualnie egzotyczna piękność spoza Europy. Holenderki generalnie są na luzie, sukienek nie noszą. Często nawet nie mają w garderobie. I nie przejmują się tym wcale.

Z drugiej strony nie widziałam tu nikogo w piżamie, jak to się zdarza np na Wyspach. Cenią sobie naturalny wygląd, nie pacykują się nadmiernie, raczej stawiają na pielęgnację. Inna sprawa, że ceny kosmetyków są tu większe niż np w Niemczech…

Co do pracy zawodowej to wyczytałam gdzieś, że do niedawna zajmowały się głównie domem i dziećmi. W porównaniu z Polkami nadal ich uzawodowienie jest dużo mniejsze. Tradycyjny podział ról w rodzinie zmienił się, ale nadal to panie odpowiadają i za porządki i za wychowanie dzieci. Często pracują w niepełnym wymiarze godzin albo w domu i to pan domu zapewnia byt rodzinie. Nie tak jak Polak, że czuje się panem domu i rozdaje karty, ale żona niech jednak idzie do roboty. Często te holenderskie związki są nieformalne, albo tylko partnerskie. Kobiety często zachowują swoje nazwisko po ślubie. Ale konta często są wspólne, Wiem, bo płacą mi przelewami.

Dzieci mają i lubią, nie wiem jak to w rzeczywistości, ale wydaje mi się, że tu więcej dziecka na osobę przypada niż w kraju. Nie ma tu 500+ chociaż są zasiłki rodzinne na dzieci. O dzieciach będzie osobny temat.

Generalnie podoba mi się ten luz i to, że nikt cię nie ocenia. W Polsce wyjdziesz na ulicę i czujesz te spojrzenia innych kobiet. Komentarze. Tylko Polka mi potrafi w oczy powiedzieć w oczy, że źle wyglądam. Autentyk sprzed paru dni! Holenderka uprzejmie zapyta jak się mam. O Polsce wiedzą o tyle o ile, ja się nie obrażam jak wiedzą niewiele, nie czuję misji informowania na siłę wszystkich. Ciekawe ile Polacy tak naprawdę wiedzą o Holandii. Mam nadzieję, że po moich artykułach więcej 😉

Jedna baba drugiej babie…

Czułam, aby pomysł, żeby w piątkę jechać do Paryża nie jest dobry, ale nie posłuchałam przeczucia. Oczywiście druga się pokłóciła z czwartą i zapytała, czy jest możliwość odzyskania pieniędzy, bo ona nie jedzie. O ile z hotelem nie będzie problemu, można odwołać rezerwację i znaleźć coś innego, to z tanim lotem już tak nie pójdzie. Zwykle nie oddają po prostu kasy. Coś za coś- my ci dajemy tani bilet, ale nie możesz nie polecieć.

Pojechałam do niej na wino i uzgodniłyśmy, że może jednak pojedzie, ale zmienimy rezerwację z jednego wspólnego apartamentu kuchnią na 2 zwykłe pokoje, bez kuchni i gotowania. Może uda się znaleźć coś taiego, więc za zaoszczędzone pieniądze kupimy sobie śniadania i ew będzie na posiłki na mieście.

Może i dobrze, bo nie po to jadę na wakacje, aby stać przy garach, a wspólny apartament oznaczałby chlanie. Rano żadna by się nie nadawała na zwiedzanie. A mi chodzi o to, aby jak najwięcej zobaczyć.

Kryzys został chwilowo zażegnany, może ja powinnam ministrem zostać?

Sama

Napisałam do znajomej, że zapisałam się na to mieszkanie socjalne i mam problem. Bo ona zapaliła się do pomysłu wspólnego mieszkania, choć nic takiego jej nie obiecywałam. Ona jednak musi zmienić mieszkanie, bo nie dogaduje się z dotychczasowymi współlokatorami i jakoś tak dodała dwa do dwóch. Lubię ją, powiedzmy nawet, że to przyjaciółka. Była ze mną, kiedy był Daniel i kiedy był Marcel. Ja ją z kolei wspierałam przy jej wielkiej miłości. Poznałyśmy się tutaj, nawet mieszkałyśmy kilka miesięcy razem. To osoba z rodzaju tych co o lubią robić wszystko razem. Szukam kursu holenderskiego? Pójdzie ze mną. Oczywiście to ja będę wszystko załatwiać, bo ona tylko po angielsku i to słabo. Jeśli chodzi o facetów to jednak jest bardziej zaawansowana, bo poderwała sobie już jakiegoś tubylca. Dla funu, jak mówi, bo ciągle wzdycha do poprzedniego…

Ja nie oceniam, niech tam się umawia z kim chce. Mieszkać jednak z nią nie chcę i to nie dlatego, że coś do niej mam. Wprost przeciwnie lubię ją. Co innego upijać się razem, czy gadać o facetach, co innego mieszkać. Ja już w sklepach widzę rzeczy, które by się nadawały do mojego przyszłego mieszkania. Czajnik. Komplet garnków. Ludzie sprzedają za bezcen całkiem nieużywane rzeczy na Marketplace. Nie kupuję, bo gdzie ja będę te garnki trzymać, choć przyznaję, że fajne bardzo. Już mam wizję, jak to mieszkanie urządzę. Standard holenderski na jedną osobę to salon plus sypialnia. Nawet jak dostanę z dwoma sypialniami, to ta druga byłaby gościnna. Na ogół jest kuchnia, ale nie ma podłóg. Żaden problem, jeden z moich klientów zajmuje się podłogami, może dostanę jakąś zniżkę. Kupi się łóżko, szafę i stół i na początek wystarczy. Pomaluję sobie ściany na ulubiony kolor. Kupię kwiatki. Adoptuję kota.

Rozmarzyłam się, ale jak dać znać koleżance, tak aby się nie obraziła? Już znalazła mieszkanie wspólne dla nas, ale… nie chcę na wolnym rynku. Za drogo, nie dostanę zasiłku. Za daleko, ja szukam u siebie, a ona takie by jej pasowało do pracy dojechać. Już urządzone, a ja chcę urządzić po swojemu. Itd mogłabym wymyślać.

A generalnie chodzi o to, że po raz pierwszy w moim 43-letnim życiu mieszkałabym sama. Sama, rozumiecie?

Pomysł mieszkaniowy

Sierpień nie jest na razie zbyt dla mnie łaskawy. Część klientów jest na urlopach i pracuję jakby na pół etatu. A rachunki są niestety…Ten kwartał nie będzie dobry, ponieważ we wrześniu z kolei ja jadę. Już myślałam, aby odwołać ten urlop, ale Paryż opłacony i zaplanowany, a w Polsce opłaciłam już udział w imprezie pod tytułem 25 lat po maturze 🙂 Na przyszły rok może pomyślę o rozwinięciu kociego biznesu, bo w wakacje pewnie ludzie nie wiedzą co robić ze zwierzakami…

Wesele się udało, żaden z panów młodych nie uciekł sprzed ołtarza, w ogóle było bez tej polskiej spiny, Zenka i innych takich. zamiast wesela- obiad w chińskiej restauracji i garden party w ogrodzie panów młodych. Zamiast tabuna ciotek nie widzianych 20 lat znajomi i przyjaciele. Z rodziny był tylko brat pana młodego, który akurat w Holandii pracuje. Zamiast trzech dni, byłam tam pięć i wróciłam zadowolona 🙂

Przy okazji gwałtownie zapragnęłam własnego mieszkania. Ze względu na ilość gości nocowałam bowiem nie u nich tylko u ich sąsiadki piętro niżej. Dziewczyna zaczynała tak jak ja: mieszkała u nich na pokoju. Teraz ma własne 60 metrów kwadratowych, własną kuchnię, własną łazienkę i może sobie tam robić co chce. W dodatku bardzo ładnie urządzone.

Wróciłam do pomysłu, który mi koleżanka podsunęła jakiś czas temu. Mieszkanie socjalne. Okropnie to brzmi, ale jest dla osób o najniższych dochodach, czyli akurat dla mnie, bo nie przekraczam tego pułapu. Weszłam na specjalną stronę, zarejestrowałam się, wpłaciłam 50 euro i czekam. Nawet aplikowałam na pierwsze mieszkanie. Ponieważ jestem jednak 564 na liście na pewno go nie dostanę. Nastawiam się na czekanie. Przy okazji jednak dowiedziałam się na jaki czynsz mogę liczyć. Otóż za domek 72 metry o 2 sypialniach, już po odliczeniu dodatku mieszkaniowego płaci się 359 euro. Ja za pokój płacę 410 euro… Oczywiście dochodzą dodatkowe koszta typu prąd gaz czy opłata za internet, ale i tak się zapaliłam do tego pomysłu. Będę u siebie, mogę zapraszać gości, robić imprezy i chodzić sobie po domu w gaciach 😉