Ostatnio mam problem z asertywnością. Mam wrażenie, że wszyscy mi wchodzą na głowę. Zaczyna się od tej koleżanki, która chciała, abyśmy razem zamieszkały. Ostatnio wysunęła następne propozycje: abym tu zatrudniła kogoś na moje miejsce, przeniosła się do niej, a tam rozwinęła z nią biznes, bo tam bogatsi ludzie mieszkają. Możliwe, ale ja lubię moje miasto, wcale nie zamierzam się wyprowadzać i w sumie mam fajnych klientów. Nie chcę tych bogatszych, proszę bardzo zostawiam ich jej. Co więcej zaproponowała, abym ja ją gdzieś jako mnie zapisała na kurs holenderskiego, bo ona nie chce płacić paruset euro. Dla osób zameldowanych gminy czasami oferują darmowe albo bardzo tanie kursy… Przecież ja sama chcę z takiego kursu skorzystać, wcale nie zamierzam nikogo fikcyjnie zapisywać.
Wcześniej inna znajoma, której znudziła się praca w hotelu wymyśliła sobie, że pójdzie na zwolnienie lekarskie z powodu kręgosłupa. To znaczy kręgosłup ma naprawdę chory, a dowiedziała się, że inna taka poszła z tego powodu na jakąś komisję, dostała zwolnienie, z pracy jej nie mogą wyrzucić, bo ma umowę bezterminową, siedzi sobie w domu, pobiera okrągły zasiłek i żyje jak pączek w maśle. Normalnie jak jesteś chora wystarczy po prostu zadzwonić do pracodawcy i zgłosić sicka. Oczywiście firma ma prawo ci wysłać kontrolę albo wysłać do lekarza, ale to raczej zdarza się przy dłuższych nieobecnościach albo gdy zgłaszasz chorobę podejrzane często. Niech sobie zresztą choruje albo nie. Problem w tym, że lekarze tutaj nie mówią po polsku, ona słabo po angielsku i ja mam być za tłumacza. Nawet zresztą nie zapytała, czy mam ochotę z nią pójść tylko stwierdziła, że ja z nią pójdę w styczniu, bo do końca roku to jeszcze wytrzyma.
Inny kolega, nawet można powiedzieć przyjaciel, nie ma z kim jeździć na urlopy, bo jego współlokator zapoznał dziewczynę i woli urlopy we dwoje. Głupio jednak tak gdzieś jechać samemu, a ja ostatnio mu powiedziałam, że może w lutym sobie pojadę na plaże na jakieś Seszele, bo mam w planach do tego czasu osiągnąć wagę docelową i będę gotowa do zaprezentowania się światu. Potem jednak uznałam, że pojadę w sierpniu, bo i tak większość klientów wtedy jeździ. Przyjaciel ostatnio zapytał, czy luty nadal wchodzi w grę, bo może ewentualnie pojedziemy razem (ale osobno) i on coś poszuka. Wcale nie mam ochoty z nim jeździć na urlopy. Nie dlatego, żeby mi jakieś propozycje składał, ale po prostu nie chcę. Powiedziałam mu więc na urodzinach, że nie wiem co będę robić w sierpniu. Może pojadę nad polskie morze?
Największe jednak wyzwanie czeka mnie w Polsce. Mam taką koleżankę, której wydaje się, że ja tylko po to jadę do kraju, aby się z nią spotkać w celu zakupu ciuchów. Fajnie było na początku jak sporo schudłam wykończona pracą w hotelu i nie miałam czego na siebie włożyć. Ona podchwyciła temat, ja się nie miałam siły oprzeć. Uzupełniłam garderobę, choć też dałam się namówić na zakupu takich ubrań, których normalnie bym nie wzięła. Czasami jej byłam wdzięczna, bo mi dobrze doradziła, a czasami zła, bo i tak tego nie noszę. Ja nie prowadzę aż tak bogatego życia towarzyskiego jak ona. Niektórych ciuchów nie mam gdzie włożyć albo stwierdziłam, że jednak to nie w moim stylu. Generalnie jednak chodzi o to, że szafa mi się nie domyka, budżet też i mam właściwie inne cele. Nie mówię, że nie kupię już nigdy żadnego ciucha, ale stać mnie już, aby coś kupić tutaj od czasu do czasu.
Niestety koleżanka już ostatnio nie zrozumiała aluzji, że mam określony budżet i stwierdziła, że resztę mi rozłoży na raty. Teraz jej napisałam, że nie przyjeżdżam busem a przylatuję. Ogranicza mnie walizka. Też nie zrozumiała. A mówi się, że kobiety takie domyślne…
Jak jej mam powiedzieć, ze to ostatni raz, żeby już nic nie odkładała, bo się po prostu nasyciłam i mam dosyć? Jak nauczyć się mówić tym wszystkim ludziom, że mam inne plany niż nosić ich na plecach? Dlaczego ja się najpierw na wszystko zgadzam, a potem jestem niezadowolona?