Jadę za chwilę do klientów. Właściwie to już tylko jednego, bo ona zmarła tydzień temu. Nawet nie zmarła, a poddała się eutanazji. Dokładnie tydzień temu. To byli moi pierwsi klienci. I co ja mam temu człowiekowi powiedzieć, jak spojrzeć w oczy? Nie wiem. Ona przynajmniej wybrała kiedy. Nie wiem czy to dobrze, czy źle. Nie wiem co zrobiłabym ja sama gdyby okazało się, że jestem śmiertelnie chora i został mi miesiąc życia? Może też nie chciałabym cierpieć, gdybym miała wybór. Z tym, że ja umrę w samotności, a ona miała rodzinę, męża, dzieci, wnuki, psy… Strasznie ciężkie to są wybory. Nie jesteśmy chyba do końca świadomi, co zachodzi w głowie takiej osoby. Pewnie łatwiej zdecydować, kiedy się to ma stać. Czy to rodzaj samobójstwa? Nasi katoliccy biskupi pewnie w czambuł by potępili. Ja jestem za wolnością wyboru. Chcesz umrzeć? Umrzyj. Chcesz zrobić aborcję? Zrób. Nie chcesz używać pigułek antykoncepcyjnych? To nie używaj. Nie używaj i daj żyć innym tak jak chcą.
Oto ja feministka, cyklistka, ekolożka, wegetarianka, sprzątaczka, singielka i w dodatku studiowałam gender! Dla mnie nawet PO było za mało liberalne. U nas taka ustawa długo nie wejdzie w życie, choć skoro się przekonali do medycznej marihuany to może do innych rzeczy, które są w innych krajach naturalne. Jako osoba głęboko wierząca myślę, że Jezus mi wybaczy. Biskup nie.