Jezus mi wynaczy, biskup nie

Jadę za chwilę do klientów. Właściwie to już tylko jednego, bo ona zmarła tydzień temu. Nawet nie zmarła, a poddała się eutanazji. Dokładnie tydzień temu. To byli moi pierwsi klienci. I co ja mam temu człowiekowi powiedzieć, jak spojrzeć w oczy? Nie wiem. Ona przynajmniej wybrała kiedy. Nie wiem czy to dobrze, czy źle. Nie wiem co zrobiłabym ja sama gdyby okazało się, że jestem śmiertelnie chora i został mi miesiąc życia? Może też nie chciałabym cierpieć, gdybym miała wybór. Z tym, że ja umrę w samotności, a ona miała rodzinę, męża, dzieci, wnuki, psy… Strasznie ciężkie to są wybory. Nie jesteśmy chyba do końca świadomi, co zachodzi w głowie takiej osoby. Pewnie łatwiej zdecydować, kiedy się to ma stać. Czy to rodzaj samobójstwa? Nasi katoliccy biskupi pewnie w czambuł by potępili. Ja jestem za wolnością wyboru. Chcesz umrzeć? Umrzyj. Chcesz zrobić aborcję? Zrób. Nie chcesz używać pigułek antykoncepcyjnych? To nie używaj. Nie używaj i daj żyć innym tak jak chcą.


Oto ja feministka, cyklistka, ekolożka, wegetarianka, sprzątaczka, singielka i w dodatku studiowałam gender! Dla mnie nawet PO było za mało liberalne. U nas taka ustawa długo nie wejdzie w życie, choć skoro się przekonali do medycznej marihuany to może do innych rzeczy, które są w innych krajach naturalne. Jako osoba głęboko wierząca myślę, że Jezus mi wybaczy. Biskup nie.

Historia się lubi powtarzać

…i historia nie jest nauczycielką życia. To nieprawda, że historia nas czegokolwiek uczy. przychodzimy na ten świat i odchodzimy z niego nadzy. Nic się nie uczymy i niczego niezabieramy ze sobą.


Ten festiwal nienawiści doprowadził do zabójstwa człowiek. Stało się to podczas dnia, który powinien być świętem, dniem tolerancji i pokoju. 27 lat zbiórek zostało zmarnowano przez szaleńca z nożem, który niewątpliwie był inspirowany przez mowę nienawiści polityków, media i ludzi prawego obozu władzy.


Historia się lubi powtarzać. I historia nie jest nauczycielką życia…

Kamień na szybie

Wczoraj miałam rozmowę kwalifikacyjną z klientem. Kandydat na numer 14 kazał opowiedzieć coś o sobie, podać referencje, pokazać dowód osobisty i powiedział, że zadzwoni w poniedziałek. Czułam się jak w korporacji, pierwszy raz mi się to zdarzyło. Na ogól klienci mówią, że pół roku kogoś szukali albo umawiają się ze mną przez internet nie żądając żadnych referencji i nie widząc mnie na oczy. W końcu nie startuje na sekretarkę, a na konserwatora powierzchni płaskich. Czuję coś, że nie zadzwoni, a jesli nawet to mnie nie zatrudni. Jak na mój gust to on ma za czysto. Co ja bym tam miała robić 3 godziny?


Nie tak jak dzisiejsi klienci. Trójka dzieci, w tym dwoje bliźniąt. Nie chcę dzieci! Jedno krzyczało cały czas, poza krótkimi chwilami kiedy zatykano mu gębę jedzeniem. W kuchni zdechły szczur zostawił woń, mimo że ciało usunięto. W lazience kamień na szybie od prysznica. Tego się nie usunie za pierwszym razem. Musiałabym tę cholerną szybę polerować  godzinę albo użyć wybielacza. Wybielacza nie lubią. Dlatego pewnie za jakość dostałam tylko „czwórkę”.


To klienci z serwisu, serwis pobiera prowizję. Normalnie bym zarobiła 45 euro, po potrąceniu dostaję 34,65. Chyba podniosę stawkę, bo wszystko drożeje: ubezpieczenia poszły w górę, tak samo jedzenie i komunikacja. Najwyżej się wykruszą i zrobi się miejsce na normalnych klientów. Zaczyna mi bowiem brakować terminów w kalendarzu 🙂

13 moja szczęśliwa liczba

Nie wiem, czy Albert Heijn (taki lokalny bardzo popularny market spożywczy) ma jakiś pozawerbalny kontakt z moją psyche i dowiedział się o odchudzaniu, ale dostałam mailem ofertę zniżki na kilka produktów, które akurat mi się przydadzą. Nadal jednak kusi mnie piwo, może powinnam zacząć pić białe wino pół na pół z wodą? Lepiej jednak całkiem rzucić całkiem. Z piwem jednak jest jak ze słodyczami: jak nie kupię to nie piję. Nie kusi mnie. Jednak mi został spory zapas, bo dziadek zaproponował, że mi zgrzewkę odstąpi. Jak mi się jednak skończyła, to proponował następną i tak w kółko. Trudno mi czasami odmówić, nie jestem asertywna.


Rozmawiałam wczoraj z gospodarzem i zaproponował mi, abym u niego sprzątała. Wprawdzie ma panią do sprzątania, która u niego bywa co 2 tygodnie, ale nie jest zbyt dobra. Tak przynajmniej powiedział, ale ja nie widzę, aby coś było nie tak. Nie chciałam jej zabierać pracy, ale ona ma ponoć 70 lai ti tylko dorabia sobie do emerytury. Nawet dojeżdżać nie będę musiała 😉 Powiedziałam, że się zastanowię, ale właściwie jestem zdecydowana. Poza tym powiedział, że popyta znajomych, ale tu może być problem, bo wielu starszych Holendrów nie mówi po angielsku, choć jak tu mieszkam 2 lata nie spotkałam osoby, która nie mówi chociaż trochę. Czas może na naukę holenderskiego 😉


Czyli mam już 13stu klientów i to jest bardzo szczęśliwa liczba 🙂

Odchudzanie

Zdecydowałam się na dietę, bo odkąd w hotelu nie pracuję to przytyłam. Po drodze były jeszcze święta. Jeszcze się w ciuchy mieszczę, ale już nie czuję się komfortowo. No i lepiej zapobiegać zawczasu, a nie czekać, aż się wróci do wagi 75 kilo. 


Wygrzebałam starą dietę ułożoną przez dietetyczkę mając zamiar się niej trzymać mniej więcej korzystając z tego co mam w lodówce. Jedna bułka na śniadanie zamiast dwóch itp Wróciłam też wczoraj do gimnastyki. Żeby się nie zniechęcić to zaczynam od 15 minut, bo znam siebie. Jak zacznę od godziny to się po 3 dniach zniechęcę. A tak będę sobie stopniowo dokładać.


Niestety odkąd podjęłam decyzję o odchudzaniu zaczął się stary problem: jem o 13 i odliczam 3 godziny do 16, kiedy będę mogła znowu zjeść. Wiem, że organizm musi się do zmian przyzwyczaić, ale to nieco dziwne, bo jak pracuję mogę nie jeść dłużej niż 3 godziny i ani nie jestem głodna, ani nie myślę obsesyjnie o jedzeniu. Musze się więc modlić o dużo klientów i dużo pracy to chociaż w tygodniu nie będę miała czasu na rozmyślania. Gorzej z weekendami 😉

Kłopotów cd

Nowy rok nie zaczął się dla mnie specjalnie szczęśliwie. Przyjechałam do Holandii 2 stycznia, rano, spałam 2 godziny i poszłam do pracy. Na szczęście miałam tylko jedną klientkę. Potem wróciłam do domu i położyłam się znowu, ale to nie było już to. następnego dnia obudził mnie ból głowy, ale jak wzięłam 2 ostatnie ibupromy to okazało się, że właściwie to boli mnie żołądek, a głowa to tylko pochodna. Żołądek zresztą pobolewa mnie i dziś, ale mogłam już normalnie wstać i funkcjonować. Prawdopodbnie zaszkodziła mi kanapka z pastą rybną, która mi została z drogi. Nie lubię marnować jedzenia i nie lubię wyrzucać, więc zjadłam, ale to, że kanapka spędziła 12 godzin w ciepłym samochodzie na pewno jej dobrze nie zrobiło.


Żeby nie było, że całkiem źle to znalazłam dzisiaj następnych klientów: młode małżeństwo 5 minut drogi rowerkiem ode mnie. Zapłacą mi z góry więc dałam mi zniżkę. Lepiej zarobić 2 euro mniej niż wcale. W dodatku mają sąsiadów, którym nagle zniknęła pani od sprzątania, więc może będę miała jeszcze jednych klientów. W sumie mam 12 klientów, z tym że niektórzy co 2 tygodnie i tylko część bezpośrednio pode mną, reszta przez serwis. Mam jeszcze perspektywy na następnych klientów, których mi chce odstąpić koleżanka i to byłby już poważny zastrzyk godzin, bo oni chcą 2 razy 4,5 godziny. Do lutego powinnam rozkręcić się na dobre. Jak będę miała już te 40 godzin to będę stopniowo rezygnować z tych u których sprzątam przez serwis.

 

Niestety B ciągle mi wisi 260 euro. Dziadek zgodził się poczekać na czynsz, zrezygnowałam z wzięcia pożyczki. Po co spłacać komuś dwa razy. Jak tylko stanęe na nogi muszę sobie odłożyć na fundusz awaryjny. Dobrze, że mam parę osób, na które mogę liczyć, ale głupio tak ciągle pożyczać…

Nowy rok, stare kłopoty

Siedzę sobie na łóżku w piżamce i zamiast się pakować to zastanawiam się skąd wziąć kasę na czynsz. Interesy z B skończyły się w ten sposób, że nie doczekałam się przed świętami przelewu od niego. Dostałam potem 2 szybkie transfery z innego konta. Tłumaczy się, że to zawalił niemiecki bank. Teraz właściciel dopomaga się zapłaty, bo już jest drugi… Pożyczyłam od 2 znajomych, żeby w ogóle móc wrócić do Holandii.

 

Mam teraz nauczkę: żadnych biznesów i musze odłożyć wreszcie na fundusz awaryjny, aby mieć w razie czego na takie sytuacje. Łatwo się jednak mówi, ostatnie miesiące nie były najlepsze pod względem finansowym, a i styczeń nie zapowiada się lekko. Wprawdzie jestem w trakcie rozmów z dwoma następnymi klientami, światełko w tunelu jest, ale końca kłopotów nie widać. Bardzo to, ale bardzo nie chcę brać jakiejś szybkiej pożyczki, ale chyba będę musiała. W dodatku hotel nie zapłacił za te 3 dni, złożyłam skargę, ale na razie cisza.


W ramach osczędzania przelałam 1 euro na konto oszczędnościowe. Podjęłam bowiem wyzwanie: co tydzień przelewam kwotę o 1 euro większą. Pierwszy tydzień- 1 euro, drugi: 2, trzeci: 3i tak aż do 52 euro w ostatnim tygodniu. Zaoszczędzona kwota: 1378. Mam przynajniej nadzieję, że nie będzie mnie kusić…

Szczęśliwego Nowego Roku

Sylwester roku 2018 będę spędzać w ulubiony sposób: pod kocykiem, przed telewizorem. Nie kupiłam szampana, szkoda kasy dla mnie jednej, a brat nie pije takich rzeczy. Wprawdzie zapraszała mnie koleżanka, którą poznałam w Holandii i kuzyn, ale nie chce mi się już dzisiaj nigdzie wychodzić. Koleżanka napiekła faworków i pączków, ale jak znam życie nie wypuści mnie przed 14 następnego dnia, a ja właściwie nie lubię spędzać nocy poza własnym łóżkiem. 1 stycznia mam też zaplanowany: długo będę leżeć w łóżeczku, by skończyć oglądaniem koncertu noworocznego z Wiednia. Raz chciałam się nawet wybrać, ale niestety nie dostałam biletu, który jest losowany i który dostać jest trudniej niż załatwić audiencję u królowej angielskiej. Kuzyn potem odwołał zaproszenie, bo przyjeżdża rodzina narzeczonej, a koleżanka na pewno będzie marudzić, że nikt jej nie kocha.


Ostatni Sylwester był szampański, bo nie spędziłam go sama, a z Danielem, więc teraz mogę zostać w domu i nareszcie zrobić coś po swojemu. Ostatnio mam bowiem wrażenie, że ulegam wszystkim dookoła i robię coś czego nie chcę, dla świętego spokoju.


Nie wiem tylko jak zbić kolejne argumenty zbijające moje postanowienie, że nigdzie nie jadę. Muszę potrenować asertywność. Nawet bowiem dziadek mi ustawia życie: napisał mi w międzyczasie, że przyszedł list z Urzędu Skarbowego i on mi pomoże jakby się okazało, że musze coś im płacić. Wolałabym, aby nie interesował się tak moim życiem podatkowym, a zajął się własnym. Duża jestem mam księgowego, chyba nie wsadzą mnie od razu do więzienia? Zresztą pewnie przysłali mi jakiś login czy inne info, bo nie minął jeszcze żaden termin na rozliczenie: ani prywatny, ani firmowy.


Na koniec życzę Wam drodzy czytelnicy wszystkiego najlepszego w Nowym Roku 2019. Przede wszystkim zdrowia, a reszta się znajdzie.



U siebie

Wigilia była bardzo przyjemna. Były karpie, śledzie w oleju, kapusta z grzybami i sałatka. Z tego wszystkiego ja zrobiłam tylko sałatkę, resztę brat. Warzyw nie gotowałam i nawet nie musiałam obierać. Nawet choinkę ubrał. Byliśmy tylko we dwójkę, ale ja nie jestem przyzwyczajona do wielkich, kilkupokoleniowych Wigilii w tłumie osób. Jeszcze jak oboje rodzice żyli, to święta spędzaliśmy w małych gronie. Połamaliśmy się chlebem, bo zapomniałam o opłatku. Potem rozmawialiśmy. O wszystkim i o niczym. O historii. U nas w domu zawsze się dużo rozmawiało, tego chyba mi najbardziej brakuje tam na obczyźnie. W prezencie dostałam aparat fotograficzny, bo brat sobie kupił lepszy.


Dostałam życzenia od całego mnóstwa osób, ale zadzwoniła tylko jedna: koleżanka z byłego hotelu. Na jutro jestem umówiona z M. Na niedzielę po świętach idę do chrześniaka. Potem Sylwester i powrót. Nie mam ochoty wracać. Tu jestem u siebie. Brat mnie namawia na zostanie na stałe. Ponoć od stycznia Niemcy wpuszczają do siebie Ukraińców i będzie okazja znaleźć fajną pracę. w sumie to nie jest zły plan. Jednak najpierw chcę spłacić jeszcze trochę długi, odłożyć na parę miesięcy życia tutaj, może na samochód? Z rok chyba jeszcze posiedzę i wracam.


A propos życzeń: Daniel mi napisał i Młody też. Tylko Marcel nie. Nie chce ze mną być OK, nie będziemy nawet przyjaciółmi, ani nawet znajomymi, ale grzeczność chyba wymaga odpisać chociaż dziękuję. Cóż.. Niemiec. Pies go drapał.

Nigdy nie wierz kobiecie

Pojechałam wczoraj do koleżanki, znamy się z jeszcze byłej firmy. Wróciłam od niej z torbą ciuchów, na które mnie nie stać, a którym nie mogłam się oprzeć. Jeśli jednak mam wydawać jakieś 10 euro na szmatę z Primarka, która rozpadnie się po kilku praniach to wolę zainwestować w coś porządnego. Koleżanka oczywiście stwierdziła, że świetnie wyglądam, dużo lepiej niż ostatnio. To znaczy, że jest bardzo źle i po świętach natychmiast trzeba się odchudzać. Nigdy nie wierz kobiecie w kwestii wyglądu 😉


W każdym razie mam kieckę na Sylwestra. Nie miałam w planach żadnych baletów, myślałam, że pójdę sobie spać z telewizorem. Kuzyn mnie jednak zaprosił, ma nową chatę, której jeszcze nie widziałam i aż żal stracić okazję. Ponieważ jednak nie myślałam, że gdzieś pójdę, to nie wzięłam nic eleganckiego, żadnych kiecek i nie mam niestety odpowiednich butów. Ostatnio bowiem jak byłam we wrześniu to wzięłam za dużo ciuchów, których większości nie ubrałam wcale. Tym razem zabrałam wersję oszczędnościową.


Następnym razem bądź gotowa na każdą okazję.


Ps: pytanie za 100 pkt: wysłać życzenia Marcelowi czy nie?