Dzień czwarty

Dzień czwarty w pracy. Nadal był trening, ale trzy pokoje sama zrobiłam. Jutro mam zacząć samodzielną pracę. Nawet zaczęło mi się tam podobać. Hotel 5-gwiazdkowy to nawet kantynę tam mają ładniejszą, a lunche smaczniejsze. Inaczej się tam pracuje niż byłam przyzwyczajona, ale w końcu to tylko praca. Nawet już mnie uwzględnili w grafiku do końca miesiąca: wtorki i czwartki mam wolne. I to jest clue wszystkiego: nie będzie wolnych weekendów i stawka raczej niższa, niż oczekiwałam. Wprawdzie wyższa niż poprzednio, ale ja za pokój płacę więcej.


Z Marcelem stanęło na tym, że poprosiłam go o czas. Poczęstował mnie taką bowiem wypowiedzią, cytuję:

„Cześć M, to dokładnie te punkty, o których wiem, gdzie będzie to trudne! To jest też powód, dla którego jestem singlem i nie mam przyjaciół. Nikt nie rozumie i nie akceptuje mojego życia.

Pracuję około 60 godzin tygodniowo. Podróżuję 3-5 dni w tygodniu. Mam tylko kilka godzin tygodniowo na zobaczenie mojego syna. Nie mieszkam w Holandii. Jadę tam tylko na spotkania. Moje miejsce pracy to cała Europa. Weekendów (głównie mam tylko niedziele) używam mniej lub więcej tylko do spania i nie mogę pojechać do Holandii na jeden dzień. Weekend może tak, jeśli wiem, że mam zamiar to zaplanować. Przykro mi, że nie mogę spełnić twoich oczekiwań.”

Nie ma takiego alkoholu, który by to przetrawił.

Pierwszy dzień pracy

Wstałam sobie rano, zrobiłam kanapkę do pracy i pojechałam. Autobusem, bo hotel jest blisko lotniska, nie wiedziałam jak tam zaparkować moim dwukołowcem. W hotelu nikt chyba na mnie specjalnie nie czekał. Niepotrzebnie kupowałam czarne spodnie, bo dostałam hotelowe plus koszulkę. W całości żółtobrązowej, rozmiar 40/42 i czułam się jak w ciuchach starszej siostry. Pani przekonywała mnie, że rozmiar dobry, choć co dzień noszę raczej 36/38. Wyglądałam jak Chinka na robotach w obozie pracy. Superwizor zawiózł mnie do dziewczyny, z którą pracowałam. Trening był nieco chaotyczny i dobrze, że już mam doświadczenie w pracy, inaczej pewnie bym uciekła po jednym dniu. Najpierw robiłam łóżka, potem łazienki. Materace i kołdry mają większe niż w poprzednim hotelu, za to nie ma czajników i kubków i nietrzeba dokładać herbatek. Jak chcesz wypić to donoszą gościowi do pokoju.


O 13 poszłyśmy na 15-minutową przerwę i wreszcie mogłam się napić kawy, bo rano tylko zielona herbatka. Lunch za darmo, ale może odciągają potem z pensji. Szału nie było, ale zawsze to coś na żołądek. O 14 skończyłyśmy, bo ona się gdzieś do lekarza spieszyła i tym sposobem już pierwszego dnia byłam stratna, bo pracowałam tylko od 8.30. W poprzednim hotelu była przerwa na lunch pół godziny, a poza tym dwie na kawę. Ale za to tu kantyna ładniejsza. W ogóle hotel jakby nieco mniej zniszczony.

 

Na koniec sama się musiałam upomnieć o wpisanie mnie do grafiku. Przyszedł jakiś menedżer, wyjątkowo biały, bo aczkolwiek nie jestem rasistką, to czułam się nieco nieswojo, bo wszyscy tam co najmniej ciemnoskórzy. Powiedział mi, że zobaczy co się dla mnie zrobić, kochanie i dał mi swój numer telefonu. Komórkowy. Niby, że mogę do niego dzwonić. No fakt, poszłam do niego w czerwonej sukience, na obcasach i w ramonesce, bo postanowiłam sobie, że koniec z wytartymi dżinsami. Powiedziałam, że od środy mogę przychodzić do niedzieli,ale w praktyce może się okazać, że nie ma dla mnie rano listy. Trudno, a te 2-3 tygodnie wystarczy, a potem się zobaczy: inna posada, czy własna firma.

 

Może by tak do tego Joeya zadzwonić jutro i zapytać, czy będę miała własny kluczyk i szafkę, bo przebierałam się gdzieś ukradkiem, a rzeczy zostawiłam w biurze. Każdy pretekst dobry. Po co by mi dawał swój numer?

PS: Marcel się nie odezwał

Cera

Poszłam wczoraj do Primarku nabyć czarne spodnie do pracy i czarne buty. Nie myślałam, że będę musiała w tym okropieństwie chodzić, ale nie będę inwestować w dobre, markowe spodnie do pracy na kilka tygodni. Jeśli pomysł z własną firmą wypali to i tak spodnie mi się przydadzą potem. Oprócz tego kupiłam białą koszulową bluzkę, na rozmowę we wtorek. Po rozpięciu ze dwóch guzików może być i na randkę. Pod warunkiem, że ubiorę push-up i będę udawać, że mam biust.

 

Wieczorem włączyłam sobie Fashion TV i w ramach samobiczowania podziwiałam modelkę Bellę Hadid. Piękna, młoda, długonoga o gładkiej skórze. Nie to co ja: dwa pryszcze mi wyskoczyły, a bez makijażu moja cera nie jest niestety nieskazitelna. Wprawdzie Marcel mówił, że jestem piękna, ale nie widział mnie rano…


Jak tu uwierzyć w siebie, kiedy kolejni faceci, Cię rzucają? No Marcel nie rzucił, bo nawet trudno powiedzieć, że byliśmy razem, ale olewa. Obiecał wprawdzie, że się odezwie w tym tygodniu, ale nie że się spotkamy. Patrzę w lustro i trudno mu się dziwić… z taką cerą.


Internety mówią, że to za mało wody, a za dużo alkoholu, słodyczy i przetworzonej żywności. Idę zaparzyć zieloną herbatkę…

Watching

Wracam do houesekeepingu. Własna firma to pieśń przyszłości, a jeść trzeba teraz, a nie za dwa miesiące. Na dzień dobry dostałam wyższą stawkę niż poprzednio. Mam zapisane w umowie, że praca jest od 9 do 17, pięć dni w tygodniu. Ciekawa jestem, czy tak jest w praktyce. W sumie jest stosunkowo blisko i mogę tam jeździć rowerem. Jak będzie bardzo brzydka pogoda to mam spod domu bezpośredni autobus, więc jak się wkurzę to nie będę się męczyć. Nie będzie wolnych weekendów, ale trudno. Marcela i tak nie ma na co dzień i nie wiadomo co to będzie, wiec weekendy mi na razie niepotrzebne.


Tymczasem, aby zabić czas i nie siedzieć w domu przed telewizorem pojechałam na watching. To moje słowo na oglądanie ciuchów. Na schopping brak mi  chwilowo kasy. Obejrzałam wszystkie możliwe sklepy, porównałam ceny i jakość i zdecydowanie stwierdziłam, że najlepsze są te najdroższe. Już mam wybrane spodnie w zieloną kratkę, błękitny sweterek i granatową sukienkę z super paseczkiem. Mam o czym myśleć.

 

Skoro nie mogę myśleć o Marcelu…

A może własna firma

Rozmawiam z koleżanką z hotelu. To znaczy ona już w hotelu nie pracuje, zrezygnowała wcześniej ode mnie. I ona mi podsunęła pomysł: jednoosobowa firma sprzątająca. Zrobiła sobie ulotki, rozniosła i teraz bierze 15 euro za godzinę. A u mnie są dosyć bogate dzielnice, na pewno znaleźliby się klienci. Ponoć dostaje nawet 3000 euro miesięcznie… Oczywiście musi od tego płacić podatek, ale do 3 lat są jakieś promocje. Nawet jakby mi na czysto zostało tylko 2000 to i tak więcej niż gdziekolwiek indziej. Pracuję kiedy chce i jak chcę. Księgową mam tu przecież nawet, na pewno mi pomoże to ogarnąć. Nawet mój gospodarz zatrudnia jakąś panią do sprzątania.


Ona mówi, że zleceń jest tyle, że w kwietniu chce pracownika zatrudnić…

 

Co myślicie? Zarobiłabym i na długi i to prawo jazdy i na wakacje i wreszcie może bym była niezależna finansowo.

 

PS

Niestety zapał mi nieco opadł. Zadzwoniłam do księgowego, który tym się zajmuje. Po pierwsze termin oczekiwania na założenie firmy to 2-3 tygodnie. Po drugie aby założyć firmę w Holandii to trzeba być tu zameldowanym. Aby się zameldować potrzebny jest akt urodzenia. To kolejne tygodnie. Przez ten czas umrę z głodu…

Nowa nadzieja

Wróciłam do domu lekko podłamana, ale nie mam wyboru, musiałam zacząć się ostro rozglądać za nową pracą. Wezmę co dadzą, choćby te kwiatki. Weszłam na stronę indeed.nl, coś tam wysłałam, ale jakoś nic mnie nie zachwyciło. Pomyślałam, że nie ma mnie zachwycić tylko płacić moje rachunki. Gospodarzowi na razie nie przyznałam się, że jestem bezrobotna.


Weszłam też na stronę Manpower, bo nie wszystkie oferty pojawiają się na indeed. No i widzę, że znowu jest rekrutacja na to stanowisko, o które ubiegałam się 3 miesiące temu. Zrezygnowałam wtedy, ponieważ nie miałam mieszkania, ani środków na jego wynajęcie. Podświadomie jednak szukałam czegoś podobnego: porządna stawka, dodatki za pracę wcześnie rano albo w nocy, można sobie było wybrać zmianę ranną czy wieczorną, wolne weekendy i płacą za kilometrówkę. Mam tylko nadzieję, że będzie możliwa ponowna aplikacja? Zadzwoniłam na podany numer telefonu, ale oczywiście to jakiś numer główny agencji i babka nie wiedziała za bardzo o co mi chodzi. W końcu podała mi numer telefonu do osoby czy też biura Manpower, który odpowiada za tą rekrutację. Wysłałam na razie maila do tej osoby, dobrze że w gmailu nic nie ginie. Jak się nie odezwie do popołudnia to zadzwonię i będę przekonywać, że tym razem jestem zdecydowana.


Może to przeznaczenie i tak miało być, że ta praca czekała na mnie?

Szukania cd

Na dzień ten należy spuścić zasłonę milczenia. Nawet nie chce mi się opowiadać. Odmówiłam temu magazynowi z elektroniką poza tym, bo okazało się, że kluczowych informacji mi nie podano. Stawka: niska, a praca na trzy dni w tygodniu. Tak a propos jest tu mnóstwo pracy na część i pół etatu. Spokojnie możesz mieć dzieci czy być studentem i dorabiać sobie.


Za to Marcel się odezwał. Dla wyjaśnienia: on mi w tą sobotę napisał, że mu zmarł ojciec, a ja jemu odpisałam, żeby się walił (mniej więcej) Poczuł się więc lekko zszokowany, ale nie obraził się tylko był zajęty pracą i sprawami rodzinnymi. Odezwie się do mnie, jak wszystko załatwi. Teraz już rozumiecie, że czułam się winna? Ja przeczytałam tą wiadomość dopiero w południe w niedzielę, jak lekko doszłam do siebie. I wcale nie przestał pisać, że tęskni. Po prostu chciałabym od razu wszystko naraz.


Jutro mam jedną rozmowę, ale szału nie ma, kwiatki jakieś do pakowania czy coś. Wysłałam parę CV i nadal czekam na ofertę dnia. Teraz już naprawdę biorę co dadzą, ale żebym nie musiała jechać godzinę i pracować po nocach.

 

Już się chciałam dzisiaj upijać, ale Marcel lekko poprawił mi zepsuty humor. Poza tym gospodarz wrócił i nie wypada się upijać. Dostałam breloczek z Budapesztu, pogadaliśmy chwilę i teraz każdy siedzi u siebie. 

 

Bezrobotna

Pojechałam sobie na rozmowę do biura pracy. Do miasta Haarlem, pół godziny autobusem. W sumie ładny dojazd. Pojechałam z duszą na ramieniu, bo pierwszy raz byłam tam z Marcelem. Mijałam tę ulicę, na której się całowaliśmy. I tę ławeczkę, na której siedzieliśmy. Miłe wspomnienia. I smutne zarazem…


Biuro zaproponowało mi pracę w magazynie z elektroniką. Ciężka praca raczej dla mężczyzn, bo oznacza ładowanie wózków z telewizorami z wysokości do 3 pięter. Jakoś się nie widzę w tym. Nie podali stawki, więc pewnie szału nie ma, ale zdesperowani byli skoro zaprosili kobietę. Poszłam, porozmawiałam, obiecałam zastanowić się i dać znać. Wpisali mnie do bazy danych, więc może będą mieli dla mnie coś odpowiedniejszego.


Na razie jestem rozczarowaniem szukaniem pracy.  Wszyscy mówią, że jest jej pełno, ale jak się szuka czegoś konkretnego to okazuje się, że nie jest tak różowo, bo za daleko, nocne zmiany albo niska stawka, a najczęściej połączenie wszystkiego.

 

Dziwnie było obudzić się rano z myślą, że oto jesteś bezrobotna, bez ubezpieczenia i prawa do zasiłku. I że więcej nie zadzwonią z hotelu, abyś przyszła ekstra do pracy…

Nigdy, przenigdy…

…nie wysyłaj po pijaku sms-ów do faceta, bo może się okazać, że ty strzeliłaś focha, a on nie odbiera, bo mu zmarł ojciec. Tja. W ten sposób chyba zgasła moja świetlana przyszłość z Marcelem. Żeby zatrzeć złe wrażenie wysłałam mu przepraszającego smsa z wyrazami współczucia i przyznałam się, że byłam na imprezie, ale nie odpisał i wcale się mu nie dziwię. Nikt nie lubi histeryczek.


Choć z drugiej strony i tak by pewnie z tego nic nie wyszło. Ostatnio widzieliśmy się miesiąc temu, nie dzwonił tylko pisał i to z reguły z mojej inicjatywy. Wprawdzie ciągle zapewniał, że o mnie myśli i tęskni, ale nie zrobił kroku, aby to zmienić. Praca ważniejsza niż ja… Wiedziałam, że tak będzie i to muszę zaakceptować, ale strasznie to ciężko przychodzi.


Z trzech rzeczy, czuli własne mieszkanie, lepsza praca, nowy facet wyszło mi mieszkanie. Łóżko mam wygodne, a gospodarz baluje gdzieś w świecie na wycieczce, więc chwilo mam spokój. Jeśli chodzi o pracę to mam umówione trzy spotkania i czwarte chyba się kroi, bo ktoś mi się nagrał na sekretarce. Coś tam się zawsze znajdzie. Z facetem i tak zrobiłam postęp, bo od popieprzonego Daniela przeszłam do całkiem normalnego Marcela, z tym że i tak nie wyszło. Za jakieś 10 lat rozwoju miłosnego w końcu może dojrzeję do normalnego związku. Z tym, że już będzie za późno na dzieci niestety.

Ciągle szukam…

O ile z mieszkaniem się na razie ułożyło, zobaczymy jaki będzie właściciel w codziennym pożyciu, bo na razie pojechał sobie na wycieczkę i mieszkam sama. Po czystości w mieszkaniu poznaję, że to pedant, bo zapasach żywności, że paranoik (12 zgrzewek piwa po 24 sztuki, 10 dżemów), po mieszkaniu, że raczej zamożny (francuska szafa z 17 wieku, czy coś takiego). Z pracą gorzej, bo albo daleko i dojazd byłby godzinę albo półtorej w jedną stronę, co mi się nie uśmiecha, bo już to przerabiałam w Polsce albo słabo płatna, czyli mniej niż mam tutaj albo niewiele więcej i byłabym stratna, bo jedna więcej płacę za mieszkanie, musiałam sama wykupić ubezpieczenie i nie wiem, czy zamiast rowerem nie będę musiała jeździć pociągiem. Nie chcę brać byle czego, bo potem ciężko z takiej pracy się uwolnić, ale muszę zacząć zarabiać. Mam dwie umówione spotkania w przyszłym tygodniu, ale obie w niezbyt obiecujących firmach (jedna daleko, druga słabo płatna i 24/7) Stwierdziłam, że może uruchomię plan B, czyli kontrakt w jakimś hotelu, czego chciałam uniknąć, bo marzyłam o wolnych weekendach i raczej rannych zmianach…

 

Myślałam, że będzie na odwrót tj nie znajdę pokoju i będę musiała wrócić do Polski. Jak się jednak szuka pracy to pojawia się podobny problem jak w kraju: byle jaką pracę za byle jakie pieniądze z dalekim dojazdem można znaleźć od ręki. Gorzej jak się szuka czegoś porządnego za dobrą kasę.