Miałam dzisiaj wolny dzień, jedyny w tym tygodniu, ale jak myślicie, że leżałam i zbijałam bąki to się mylicie i to głęboko. Wstałam rano i zjadłam śniadanie. Potem sprzątnęłam, bo na ten tydzień przypadała moja kolej. Uprałam pranie swoje własne i ścierki wspólne. Nakarmiłam kota, po raz drugi jak się okazało potem. Pojechałam do centrum. Poszłam do szewca, zanieść but z obcasem, który złamałam wtedy kiedy chciałam być piękna i elegancka. W Polsce trwało by to ze 2 dni, a tutaj 30 minut. Za to w kraju płacę 10 złotych, tu 8 euro. Coś za coś. Nie mogę czekać do urlopu, buty mi potrzebne do Paryża. U fryzjera fundęłam sobie nową fryzurę. Chciałam umówić się do polskiej fryzjerki, ale nie odbierała telefonów. Na szczęście tu naprawdę wszyscy mówią po angielsku. Poszłam sobie do Primarka i nabyłam komplet czerwonej bielizny. Plus dwa inne staniki. W C&A kupiłam czerwoną sukienkę na środę. Wyglądam zajebiaszczo. Trochę zignorowałam fakt, że nogi mam lekko zarośnięte (ogoli się) i w sińcach. Ubierze się pończochy, akurat już nie ma upałów i nie będą się rzucać w oczy. Potem jeszcze tylko zakupy spożywcze, balsam do ciała i mogłam wracać do domu. Nie żeby leżeć. Ufarbowałam włosy, ułożyłam je na szczotce. Mam nadzieję, że mi nie wypadną od tego, że były traktowane suszarką dwa razy dziś.
Dopiero po wykonaniu całej listy zadań mogłam chwilę usiąść i złapać oddech. Jutro znowu do pracy..