Manipulacja

Wróżka miała rację. Ani chybi mną Artur manipuluje. Znowu w niedzielę dostałam kwiaty! Poza tym zjadł kolację, którą zrobiłam, wylizał talerz i mu smakowało, choć ja czułam, że nie jest taka jak powinna być, bo miało być curry, a nie było. W dodatku on sobie leżał na kanapie, a ja sterczałam w kuchni. No dobrze, w Formule 1 startował jakiś Holender, a ze sportów akurat wyścigi są dla mnie najnudniejsze, więc poszłam gotować, to co ja zaproponowałam, że będzie, a jego otuliłam kocykiem. I ja też mu kupiłam kwiatki, narcyzy, w gipsowej doniczce z dwoma gołąbkami.

Pozwolił mi wybrać też pokój na weekend, bo śniadanko wielkanocne jemy u niego a potem jedziemy zmienić otoczenie.

A kiedy mu opowiadałam o szukaniu mieszkania to mi powiedział ściskając mnie za rękę, żebym się nie spieszyła, bo nie wiem co mi przyniesie przyszłość, o ile wiem co ma na myśli. Zgadłam co ma na myśli. Ale znamy się półtora miesiąca, a tu już poważnie się robi.

Jak nic manipulacja!

😉

Wróżba

To już szósty tydzień się zaczął z Arturem. Dzisiaj zadzwonił i powiedział, że nie, nie jest zmęczony, bo ja mu daję energię. Ostatnio na powitanie dostałam od niego bukiet wiosennych kwiatów. Planujemy wyjazd na tydzień do Luksemburga, jeśli oczywiście będzie można. wyobrażacie sobie, że on był ze 20 razy w Afryce, a ja ni razu?

Przyznam się Wam jednak, że nadal czegoś mi brakuje. Może jednak tego czegoś, co to siedzi wyłącznie w mojej głowie? Z tego wszystkiego natrafiłam na wróżkę i dałam sobie powróżyć. Za całe 60 złotych dowiedziałam się, że on mną manipuluje (to te kwiaty?), że nie ma fascynacji i miłości, raczej tylko seks i to nie za bardzo. Nie wiem, czy seks nie za bardzo, czy nie za bardzo seks, jeśli wiecie co mam na myśli. Że są inne kobiety. Niekoniecznie zdrady fizyczne, ale myśli o innych. Może to chodzi o te kobiety z aplikacji randkowej? Ja też przecież pisałam z kilkoma naraz z początku. Nie wiem czy wierzę do końca w takie rzeczy, czy nie. Pewne rzeczy zgadzają mi się z tym, co sama zaobserwowałam. Z drugiej strony to miał być horoskop partnerski, ale pani głównie pisała o nim: co on czuje, co myśli i co ukrywa. I że związek niedopasowany i może nie przetrwać. No każdy może przecież. Ciekawe jednak, że nie nie pisała co ja myślę, co czuję i co ukrywam. Poza tym wydawało mi się, że takie horoskopy to czasu wymagają, a tu myk godzinka i jest. No ale sama chciałam i zgłupiałam, to mam.

Pewności, czy facet nie kombinuje na boku nigdy nie masz, dopóki go nie przyłapiesz. A wielkie fascynacje i namiętności też już miałam i się szybko wypalały. Dlatego chciałam teraz wiedzieć, co będzie. No to wiem. I wcale nie jestem spokojniejsza….

Tak to jest jak człowiek głupieje na starość.

Weekend we dwoje

Weekend był bardzo przyjemny, ale intensywny. Artur przeczołgał mnie po okolicy, a ja dawno tyle nie chodziłam. Teraz cierpię, bo kolanka mi tego nie darują i bolą. Ostatniej nocy musiałam wstać i smarować się maścią. Mam nadzieję, że koleżanka przywiezie mi z Polski nowy świeży zestaw apteczny, bo tu można nabyć podobną maść, ale słabszą i cztery razy droższą. Oraz paracetamol. Jak już jesteś umierająca to może ci poradzą wziąć ibuprom…

Dziadek wkurza mnie coraz bardziej i zaczęłam szukać mieszkania. Właściwie nic nowego się nie dzieje, wszystko to są ciągle te same sprawy. Dziadek się nie zmienił, to ja się zmieniłam. To na co przymykałam oko, biorąc to za cenę mieszkania w jednoosobowym pokoju okazuje się kosztem dodanym. Znajomi się pytają chyba się z nim aż tak źle nie mieszka i mówią, że przesadzam, że on chce być taki pomocny. No ale to ja muszę tolerować ciągle otwieranie i wchodzenie do mojego pokoju. Ostatnio była u niego córka na kawie i podziwiała mój stanik, którego nie zdążyłam schować i który wisiał sobie na krześle. potrafi mi wysłać na raz kilkanaście wiadomości czy maili. Dlatego go na Whatsuppie wyciszyłam a maile usuwam bez czytania. Nie to, że tam są jakieś obsceniczne propozycje, po prostu jest tego tyle, że nie mam czasu. Poza tym on ma inne poglądy niż ja i czuję się jak zwolenniczka PO, którą bombarduje zwolennik PiS.

Problem w tym, że sama jestem sobie winna. Od początku się na to zapowiadało, jeszcze zanim spotkaliśmy się w rzeczywistości dziadek mi wysyłał masowo wiadomości na Whatsuppie. Systematycznie naruszał moją przestrzeń osobistą. Wchodzenie do pokoju bez pukania też mu się zdarzało. Nie kiedy drzwi były zamknięte, ale jak już tylko przymknięte to owszem. Nie potrafiłam mu powiedzieć, że sobie nie życzę. Jak typowa kobieta sądziłam, że sam się domyśli…

I już teraz wiem, jaki popełniam błąd w relacjach z facetami. Znaczy jeden, bo pewnie inne też są: akceptuję milcząco coś, a potem się okazuje, że to mi się nie podoba. Powinnam dziadkowi/facetowi/koleżankom mówić: dziękuję za propozycję, zastanowię się, rozważę i ci odpowiem. Albo dziękuję, zastanowię się, jak będę zainteresowana dam ci znać. A ja mówię: no może faktycznie to dobry pomysł.

I Arturowi tak powinnam była powiedzieć: dziękuję za propozycję, zastanowię się. Wykurować kolana i powiedzieć, że lubię zwiedzać, ale nie mogę chodzić tyle kilometrów bez przygotowania, bo będę cierpieć. I chociaż widoki były ładne, a Artur sympatyczny, to teraz wydaje mi się, że za szybko się zgodziłam na wyjazd.

Kolanka dwa

Po niedzielnej wycieczce zaczęło mnie boleć lewe kolanko. Masowałam je, smarowałam maścią, nosiłam specjalną opaskę. Dzisiaj mnie zaczęło boleć prawe… czy to już starość? Powinnam pójść do lekarza jakiegoś, bo to lewe kolanko dokucza mi od jakiegoś czasu już. Ale po pierwsze: coronavirus. Po drugie musiałabym wybrać jakiegoś rodzinnego lekarza i pójśc do fizjoterapeuty. Z fizjoterapeuty w pakiecie ubezpieczeniowym zrezygnowałam od tego roku, bo w zeszłym w ogóle nie wykorzystałam. Było jeszcze w pakiecie środki antykoncepcyjne, ale też zrezygnowałam skoro właściwie seksu nie uprawiam. Okazuje się, że teraz to wszystko by się przydało…

Ubezpieczenie w Holandii opłaca sobie każdy sam, jak OC w samochodzie. Ten podstawowy pakiet określa Państwo, możesz sobie dokupić opcje: dentystę (to mam), fizjoterapeutę czy soczewki. Aby dostać się jednak do specjalisty jest kłopot. Idziesz do rodzinnego i on się bawi i w ginekologa i w dermatologa. Nie ma prywatnych gabinetów lekarskich. Wszystko jest kontrolowane przez twoją ubezpieczalnię, wszędzie podajesz swój numer, nawet jeśli musisz dopłacić za coś czego nie ma w pakiecie. A ponieważ leczenie jest drogie holenderscy lekarze głównie przesiewają chętnych na specjalistów: na wszelkie choroby radzą brać paracetamol, a poza tym wysypiać się, dobrze odżywiać, spacerować, wietrzyć sypialnię i połowa problemów znika sama. Jeśli już jednak trafisz do szpitala to opieka jest na najwyższym poziomie. Przynajmniej ta pielęgniarska. Co do opinii na temat poziomu holenderskich lekarzy to się nie wypowiem, bo nie korzystałam. Generalnie Polacy są przyzwyczajeni do naszego systemu opieki zdrowotnej i tego, że idziesz do lekarza z każdym kichnięciem. Tu idziesz w ostateczności, zwłaszcza, że nie potrzebujesz L4. Zgłaszasz chorobę do pracodawcy, on do ubezpieczalni i ew. przysyłają do ciebie kontrolę. Oczywiście nikt nie sprawdza, czy na pewno miałeś 3 dni biegunkę, ale przy dłuższych nieobecnościach i owszem. Nikt tego nie nadużywa, bo pierwsze Holendrzy są poczciwi i uczciwi, a po drugie to się nie opłaca: pierwszy dzień jest bezpłatny.

Chyba więc powinnam zrobić sobie przegląd techniczny w Polsce, ale tu znowu na przeszkodzie stoi coronavirus. Nie wiem kiedy będę mogła bez przeszkód polecieć do domu. Dlatego boję się tego weekendu, bo będziemy dużo chodzić…. Poza tym nie wiem: brać piżamę w pasiaki, czy sexi koszulkę?

Dziadek

Dziadek jest niemożliwy. Powiedziałam mu, że wyjeżdżam na weekend. W związku z tym zaczął szukać pociągów, pytać się czy mam hotel, znajdować mi zdjęcia jakichś ruin, które mam zobaczyć. Wysłał mi 14 maili ze zdjęciami, wydrukował mapkę centrum i znalazł jakąś mapę papierową. Ale ja go o to nie prosiłam, a co więcej wcale nie byłam zainteresowana…. A nie byłam zainteresowana, bo nie jadę sama, a z Arturem i to on rezerwował hotel, powiedział jak i czym dojechać i zaproponował program wycieczki. Ja wiem, że dziadek chce dobrze, ale te 14 maili naprawdę mógł sobie darować…

Nie wiem, czy wyjazd z facetem na czwartej randce to dobry pomysł, ale Artur powiedział, że w pokoju są dwa łóżka i możemy je zesunąć albo zostawić rozsunięte. Wszystko zależy ode mnie. Łóżka raczej zostaną rozsunięte. Generalnie będziemy chodzić, więc podejrzewam, że na żadne sekscesy i tak nie będę mieć siły. Nie chcę się do niczego spieszyć. Artur jest fajnym facetem, byłam u niego w domu, ale motylków nie ma. Może będą, a może nie? Może naoglądałam się romantycznych komedii. Nie wiem. Fajne jest to, że on jest bardzo aktywny, dużo podróżuje, zna francuski i ma przyjaciół we Francji. Dobrze mieć po prostu kogoś z kim można przyjemnie spędzić czas. Fajnie, że wychodzi z inicjatywą.

Wprawdzie zamiar ponownego randkowania miałam inny. Chciałam się spotkać z kilkoma facetami, zobaczyć co będzie, a przede wszystkim zobaczyć co ze mną jest nie tak, że nie mogę się z nikim związać. Ale może wystarczy, że ja przetestuję jednego? Nie chcę na razie więc mówić, że mam chłopaka, bo wcale go przecież jeszcze nie mam….

Walentynkowa randka

Po niezbyt doświadczeniach z Rene postanowiłam nie poddać się pesymizmowi i zrobić sobie reset. Założyłam sobie w tym celu holenderski profil na holenderskim portalu randkowym. Płatny, więc faceci tam już jacyś pewniejsi. Niestety po 2 dniach mnie zablokowano za treści niegodne z regulaminem. Nie, nie zamieściłam nagich zdjęć, ale notatkę o sobie po angielsku. Mówi się trudno i wróciłam do Tindera. Ostatnio podchodziłam do tego jak do jeża, zakładając profil, niby nawiązując jakieś znajomości, ale po kilku dni się wycofując, jak dziecko. A w końcu to dostaniesz, czego szukasz, nie? Skoro ciągle źle trafiam to znaczy, że ja coś robię źle, a nie że wszyscy ci faceci są do bani. Z Rene popełniłam błąd przejmując inicjatywę. Facet pewnie wcale nie był zainteresowany. Owszem miły i sympatyczny- dla kolegów na piwie w piątki po pracy. Może nawet faktycznie powiedział coś że jestem ładna, ale nie po to żeby się ze mną umawiać. A może wystraszyłam go swoją inicjatywą?

Zrobiłam więc sobie selekcję facetów, trzymając się zasady, że ma być normalny: ani za brzydki ani za ładny. Przeciętny. Odpadli panowie w ciemnych okularach, bo pewnie mają coś do ukrycia (najpewniej żonę), łysi (bo nie lubię) i zębiaści. Najbardziej boję się zębiastych. Szczerzą się do zdjęcia pokazując uzębienie, że niby tacy wyluzowani.

I wczoraj byłam na randce. On zaproponował. Tydzień musiał poczekać, bo sypnęło śniegiem i nie dało się podróżować. Ubrałam się zwyczajnie w dżinsy i płaskie botki, bo śnieg nie nastraja do obcasów. Tylko makijaż zrobiłam staranny, no nie umiem wyjść nieumalowana. Umówiliśmy się na Schipcholu, bo wszystko tutaj zamknięte. Dostałam kwiaty i kawę ze Starbucksa 😉 Spędziliśmy sympatyczne 3 godziny. Przeciętny Holender. Lubi podróżować, czytać, zna francuski, nawet był zaręczony z Francuską, ale to był związek na odległość.

Usiłowałam sobie przypomnieć, kiedy ostatnio dostałam od mężczyzny kwiaty i wychodzi mi, że to było z 10 lat temu od Roberta. Też na Walentynki. Kurierem do firmy wysłał, wszystkie laski mi zazdrościły. I też się wycofał.

Jaki powinnam zrobić następny krok? Nie było jakichś wielkich porywów. Spokojnie poczekać i zająć się sobą? Nie pisać za często, nie naciskać? Na podorędziu mam innego. Też byliśmy wstępnie umówieni, ale ze względu na pogodę odwołałam.

Zrobiłam na pewno jedną zmianę: o tej randce nie powiedziałam żadnej psiapsiółce. Nie radziłam się co założyć i nie relacjonowałam na bieżąco, nie pokazałam zdjęcia kwiatów na FB. Czy to jest już postęp?

Never ending story

Oczywiście to WY jak zwykle mieliście rację, a ja się myliłam. Nacisnęłam bowiem i spotkaliśmy się drugi raz. A dzisiaj dostałam uprzejmą wiadomość o treści o ile dobrze zrozumiałam jego angielszczyznę: że musi być ze mną fair, ale nic do mnie nie czuje.

Kupiłam więc wino i pizzę.

Jutro poprawię koronę i pomyślę co dalej.

Tak czy nie???

B zniecierpliwiona moim milczeniem w sprawie randki w końcu wypaliła: to byłaś na tej randce czy nie? Jakby nie rozumiała, że jak nie odpowiadam za pierwszym razem to widać nie chcę o tym mówić. Jakoś nie przyszło jej do głowy, że jest mi zwyczajnie przykro. Facet milczy, o żadnej randce nie ma mowy, a ona mnie nagabuje i nagabuje. Kiedy odpisałam w końcu, że nie byłam i żeby nie pytała więcej to się obraziła.. I tak straciłam przyjaciółkę. Ona tylko chciała zapytać co u mnie słychać…

I bez tego mi było wystarczająco przykro. Trudno, trzeba otrzepać się, poprawić koronę i iść dalej.

Ja na FB

7 rano

Ponieważ część klientów jednak odwołała sprzątanie i zapowiada się luźniejszy tydzień, nastawiłam budzik na siódmą rano. Postanowiłam, że wstanę i poćwiczę. Niestety kiedy obudziłam się o siódmej żadna siła nie zdołała wyciągnąć mnie z łóżka. Stwierdziłam, że pal licho nową figurę, łóżeczko lepsze. Zawinęłam się w kołdrę, choć nie dałam rady usnąć. W nocy też zresztą nie spałam za dobrze.

B już trzeci raz pyta się o moją randkę. Każda odpowiedź niestety grozi tym, że znowu pół hotelu będzie o tym dyskutować, więc nie odpowiadam. Zwłaszcza, że nie zanosi się na kontynuację znajomości. Dziwnie się z tym czuję, bo omawiałam z nią wszystkich poprzednich facetów. Tylko Daniela znała osobiście. Ona też mi się zwierzała ze swoich problemów sercowych. Teraz jednak to co innego, nie chcę robić zamieszania i utrudniać Holendrowi życia. Po co się mają znowu z niego naśmiewać?

Teraz jednak zostałam sama ze swoimi rozterkami. Sama więc będę musiała sobie z nimi poradzić. W końcu nie jestem już podlotkiem, aby wszystko konsultować z przyjaciółkami.

Pomyślałam sobie, że następnym razem nic nikomu nie powiem dopóki facet się co najmniej nie oświadczy. Z tym, że nie będzie żadnego następnego razu. Więc po co ćwiczyć, skoro to i tak już nie ma najmniejszego znaczenia? Ruchu w pracy mam dosyć, odżywiam się w miarę zdrowo, pal licho moje grube uda i wystający brzuch. Nikt i tak mnie nie będzie oglądać. Lepiej pospać dłużej.

Wróciłam

Wróciłam wczoraj do Holandii. Aby uniknąć konieczności zrobienia testu na covid zabrałam się samochodem ze znajomym. Już zapomniałam jak taka podróż może być męcząca, zwłaszcza nocą. Jednak test to był po pierwsze koszt- ok 490 zł plus jakieś 100 zł za tłumaczenie. Po drugie w razie wyniku na granicy trzeba powtórzyć- następne 490 zł. W razie wyniku pozytywnego- kwarantanna, nowy test, nowy koszt. To już wolę zachorować tutaj- w razie czego wystąpię o zasiłek z gminy albo wsparcie dla firm.

Do klientów napisałam, że wróciłam, byłam ostrożna, nosiłam maskę, ale ryzyko jest i jak chcą mogę nie przyjść. Część skorzystała z tej możliwości. Wolę być fair i mniej zarobić niż gdyby ktoś tam miał mieć do mnie pretensje. W końcu nie kasa jest najważniejsza, a zdrowie.

Życzę Wam w tym Nowym Roku przede wszystkim zdrowia, a potem powrotu do normalności. Dużo miłości. Przytulajcie się dopóki można. Ja sobie chyba adoptuję kota. Holender bowiem grzecznie odpisuje, ale nie przejawia inicjatywy. Już ostatnio to ja byłam inicjatorem randki, tym razem bym chciała, aby to on zaproponował. Nie wiem, czy po aferze plotkowej nie stracił zainteresowania moją osobą, bo zamiast skorzystać z okazji, że jestem wcześniej i się spotkać uprzejmie mi życzył miłego weekendu.

Widać jednak to nie to.