Popołudniówka

Ten tydzień mam na popołudnie, Artura nie ma, więc generalnie cisza i spokój, można się wyspać. Teoretycznie tylko, ponieważ o czwartej w nocy obudził mnie sen o powodzi i potem już mi się nie udało zasnąć niestety. Zaczęłam się ni z tego, ni z owego bać, że ktoś się włamie, a ja sama, nawet kota nie mamy. A o 9 mam lekcję holenderskiego i powinnam być wyspana, ale co zrobić: wypiłam dwie kawy i jakoś muszę dać radę. W ogóle mam zamiar w tym roku zdać egzamin z holenderskiego na poziomie B2 a potem zrezygnować z tych lekcji, bo jednak kosztują kupę kasy (28 euro za godzinę), a ja powinnam zacząć oszczędzać, bo mam debet w koncie i kartę kredytową, którą wzięłam, aby mieć z czego kasę na 18-stkę chrześniaka wybrać, bo oszczędności dawno się rozpłynęły.

Jeszcze jedna strona tych popołudniówek to, że jest się samym i można sobie poczytać np. bo pracy nie ma aż tak dużo. Choć i tak jakbym miała wybór to pracowałabym tylko na rano. W moim wieku jednak nie można wybrzydzać, za chwilę dadzą mi stały kontrakt co jest przecież ważne. Mogłoby być gorzej, weekendy mam jednak wolne. Szkoda tylko, że akurat jak Artur pojechał sobie do Marsylii to ja mam popołudniówki…

Ustalenia w pracy

W piątek ostatecznie wyjaśniło się, jak będziemy pracować od marca. Odbyliśmy naradę z szefową, przy czym szefowa to nie jest żona szefa. Ona jest bezpośrednio nad nami, on oczko wyżej. narada odbyła się między paletami, tak trochę z doskoku. Ustaliliśmy w końcu, że dwie osoby zaczynają o 8, a jedna o 13.30 i ta trzecia zamyka firmę. Ona to taka osoba, która jest bardzo przekonana o swojej racji i nie obyło się bez walki, bo jej pomysłem było np to, żeby te planowane zmiany były ruchome w ciągu tygodnia tzn. np poniedziałek na rano, wtorek środa na 11, czwartek piątek na 13.30 itp. Stwierdziliśmy, że popołudniem jest mniej pracy i ktoś moze być sam od 17 do 21.30. Jakby coś się działo, czy ktoś się słabo poczuł mamy dzwonić. Po drugie dostaniemy 6 euro dodatku dziennie za pracę na popołudniu. Na jedzonko w teorii.

Nie jest to układ idealny, ale ostatecznie może być, bo masz dwa razy na rano, a raz na popołudnie. Z plusów to, że się wyśpię, a jak nie będzie za dużo pracy, to sobie włączę Netflixa albo coś poczytam. Jeśli mam zmieniać jedną pracę fizyczną na inną to wolę chyba już tu zostać. Wszystkie CV które wysłałam na stanowiska biurowe zostały odrzucone, szans na taką pracę tutaj nie mam. W moim wieku trzeba się trzymać tego co się ma.

Bo ja w tym roku kończę 50 lat….

Żal post

Piszę, aby się pożalić. Od 1 marca zmieniają się godziny urzędowania mojego sklepu online i zamiast 8-16, będzie 8.30-21.00. Ponoć, bo ja oficjalnie nic nie wiem, to koledzy mi przekazali tą radosną informację. Kiedy się przyjmowałam do tej pracy wiedziałam, że zamierzają wydłużyć godziny pracy, aby zachęcić nowych klientów, ale wtedy nie były znane mi żadne szczegóły. Mamy się wymieniać na 3 zmiany: jedna osoba zaczyna rano, następna przychodzi na 11, ostatnia na 13. Ta środkowa nie ma właściwie życia, bo tyle jej co się trochę dłużej wyśpi.

Wszyscy troje wątpimy, że tylko wydłużenie godzin pracy przyniesie wzrost liczby zamówień. Klienci raczej patrzą na ceny i dostępność asortymentu. Z żarciem dla kota można poczekać dwa dni, o ile cena jest atrakcyjna. No ale co ja tam wiem… Natomiast chcieliśmy negocjować godziny pracy, aby ktoś kto kończy nie był sam, aby dostać dodatek za godziny wieczorne itp. Szef najpierw z nami ustalił spotkanie na jutro, a potem je odwołał. Nie ma czasu biedaczek…

Chyba czeka szukanie mnie zatem nowej pracy. Na dłuższą metę taki brak reguł jest strasznie męczący.

Pocieszenie w Lidlu

Poszłam pocieszyć się do Lidla. Ja wiem, że zdrowe, normalne kobiety chodzą kupować buty albo do kosmetyczki, ale Lidl akurat był po drodze i mieści się w moim budżecie. Ciuchy i tak nie mieszczą mi się w szafie.

A musiałam się pocieszyć, bo mój rower elektryczny rano padł. Problem polega na tym, że firma która go wyprodukowała i w której mam gwarancję zbankrutowała i ma się ponownie otworzyć, już nowym właścicielem, dopiero 1 marca. Ponoć. Nie mogę czekać do marca, jestem skazana na autobus. Mam wprawdzie inny rower, taki zwykły, ale po latach jazdy elektrycznym nie widzę się na nim robiącej 20 km dziennie. Służy mi bardziej do robienia zakupów w okolicy, ew do dojazdów na pobliską stację kolejową. Każda droga pod górka grozi upadkiem.

Może rower zawilgotniał, bo stał na zewnątrz. W piwnicy brak miejsca, stoją tam 2 rowery Artura i różne inne rzeczy. W każdym razie Artur poszedł upychać tam i mój rower, może do soboty przeschnie. Niestety jeśli chodzi o nową oponę czy hamulce, to może to zrobić byle mechanik z okolicy, ale te elektroniczne części wymagają fachowca i oryginalnych części, które mogą być niedostępne w wolnej sprzedaży. I tak czeka mnie koszt: naprawy i dojazdu do pracy autobusem. Dobrze, że chociaż mam teraz bezpośredni dojazd.

W Lidlu kupiłam prosecco i sałatę oraz nerkowce. Oni mają zawsze fajne megapaki z orzeszkami. Włoskie orzechy w liczbie hurtowej mam jeszcze od zaprzeszłych Świąt i dopiero ostatnio zaczęłam je łuskać. To lenistwo oczywiście…

Szczęśliwego Nowego Roku!

Donoszę, że żyje tylko leniwa jestem (a nie że czasu brak czy coś)

Jak spędziliście ostatni dzień starego roku? Jeśli tak jak ja to nie zazdroszczę. Siedziałam sama przed telewizorem, bo mój brat chrapał w drugim pokoju, oglądając Seksmisję, bo te wszystkie muzyczne programy napawały mnie, delikatnie mówiąc, niechęcią. Na sobie miałam wygodny strój domowy, na nogach świąteczne kapcie, z alkoholi miałam bardzo tanią i za słodką podróbkę szampana a z wizażu miałam tylko paznokcie z odpadającym lakierem. Nie wiem, to moje paznokcie, czy te lakiery takie felerne, że na drugi dzień odpryskują.

Jedna koleżanka akurat pojechała do znajomych, druga zaplanowała sobie jelitówkę, a trzecia w ogóle mi nie odpisywała, dlatego mój Sylwester taki szałowy.

Mam nadzieję, że Wasz był lepszy!

Szczęśliwego Nowego Roku

Skrzynka na blogu

Bardzo przepraszam, ale jeśli ktoś do mnie napisał przez kontakt tu na blogu to ja bardzo przepraszam, że nie odpisałam, ale dopiero teraz odkryłam tą opcję i przykry fakt, że nie odpisałam na te dwie wiadomości, jakie tą drogą otrzymałam.

Jedno z pytań brzmiało jak mam na imię. To chyba mogę zdradzić. Mam na imię Monika 🙂

Zemsta fryzjera

Wczoraj umyłam włosy. Zwykle robię to dwa razy w tygodniu, taka była sugestia fryzjera i okazało się, że to mi wystarcza.

Jak pisałam poprzednio miałam nadzieję, że z czasem trochę moje włosy stracą na intensywności koloru. Po jakimś miesiącu? Zapomniałam, że czasem po farbowaniu włosów na ciemno, kolor puszcza szybciej, ale z reguły dotyczy to włosów farbowanych w domu, własnoręcznie. Umyłam więc głowę i wytarłam ręcznikiem. Białym. Na ręczniku był ciemne smugi, od farby do włosów. Wpadłam w rozpacz, Artur mnie zabije! No spokojnie, to przecież mój ręcznik. Przypomniało mi się jak to kiedyś uprałam omyłkowo moje czerwone skarpetki z białymi gaciami dziadka i po całonocnym moczeniu w wodzie z proszkiem dały się uprać. Wrzuciłam więc ręcznik do wody z proszkiem i chlup do wiaderka. Artur o nic nie pytał.

Wróciłam z pracy i wrzuciłam ręcznik z białym praniem i się aktualnie pierze. Wydawał się znacznie mniej brudny. Niestety nawet jakbym chciała to nie mam żadnych starych ręczników, wszystko wyrzuciłam przy przeprowadzce. Włosy z bardzo ciemnych zrobiły się jakieś takie myszowate, ten blond zaczął powoli wybijać i tak myślę, że to była zemsta fryzjera, który bardzo, ale to bardzo nie chciał mi tych włosów na ciemno robić.

Zastanawiam się w co wytrę głowę następnym razem, bo mam tylko białe i różowe ręczniki, szare gdzieś się poniewierają jeszcze u siostry Artura. Muszę je w końcu odebrać, zwłaszcza, że zapadła decyzja o kupnu nowych szaf do sypialni.

Kalendarz adwentowy czterdziestki

Fryzjer

Byłam wczoraj u fryzjera. Zapragnęłam powrotu do ciemnych włosów, po przeszło roku w blondzie. Pomyślałam, że ciemny brąz plus jasne refleksy typu sun kiss to lepsze niż jasne siano na głowie. Wiem, że siwieję, wiem, że blondynkom łatwiej ukryć siwiznę i rozczarowałam fryzjera, który usiłował mnie namówić na pozostanie przy jasnych włosach. Nieugięcie postawiłam na swoim. Dlaczego ci wszyscy fryzjerzy mnie terroryzują? Poprzedni nie chciał słyszeć o innej fryzurze niż bardzo krótkiej z wygolonym tyłem. Fryzura była owszem fajna, bardzo praktyczna, łatwo się ją układało, ale na wygolonym tyle siwiznę było widać jeszcze szybciej, niż przy ciemnych.

Dostałam to co chciałam, włosy wyszły ciemniejsze niż sądziłam, ale blondy chyba szybciej łapią kolor. Umyje się parę razy i kolor zrobi się trochę łatwiejszy. Następnym razem dołożę sobie te jasne refleksy i będzie fajnie.

Przy okazji pomyślałam sobie, że może zmienię fryzjera na gdzieś bliżej, bo teraz mam do niego 2 godziny drogi komunikacją publiczną. Artur powiedział mi na to, że przecież chodzę do tego fryzjera co 6 tygodni? Co 2 miesiące, więc nie jest to aż takie utrapienie. A znalezienie dobrego fryzjera w Holandii wcale nie jest takie proste. Są tu polskie fryzjerki, ale bez samochodu dojazd wszędzie trudny. Z tego powodu nie chodzę tutaj na paznokcie: jakoś usług słaba i nie sterylizują narzędzi.

Kalendarz adwentowy czterdziestki

Grudniowo leniuchowo

Pogoda szarobura, pada i wieje/ Dni krótkie, szybko robi się ciemno. Za nic nie mogę się zmobilizować do jakiejś aktywności. Teraz rozumiem te wszystkie XIX wieczne hrabiny, które na zimę jeździły do Włoszech. Chociaż wtedy to jeszcze śnieg mógł rozjaśnić tą ponurą rzeczywistość za oknem. Przynajmniej tutaj nie ma śniegu, nie zanosi się, a jeśli w ogóle pada to najwyżej jakieś 3 dni.

Oczywiście zapraszam na mój Kalendarz Adwentowy. Uzupełniłam kilka najbliższych dni.