Ten tydzień mam na popołudnie, Artura nie ma, więc generalnie cisza i spokój, można się wyspać. Teoretycznie tylko, ponieważ o czwartej w nocy obudził mnie sen o powodzi i potem już mi się nie udało zasnąć niestety. Zaczęłam się ni z tego, ni z owego bać, że ktoś się włamie, a ja sama, nawet kota nie mamy. A o 9 mam lekcję holenderskiego i powinnam być wyspana, ale co zrobić: wypiłam dwie kawy i jakoś muszę dać radę. W ogóle mam zamiar w tym roku zdać egzamin z holenderskiego na poziomie B2 a potem zrezygnować z tych lekcji, bo jednak kosztują kupę kasy (28 euro za godzinę), a ja powinnam zacząć oszczędzać, bo mam debet w koncie i kartę kredytową, którą wzięłam, aby mieć z czego kasę na 18-stkę chrześniaka wybrać, bo oszczędności dawno się rozpłynęły.
Jeszcze jedna strona tych popołudniówek to, że jest się samym i można sobie poczytać np. bo pracy nie ma aż tak dużo. Choć i tak jakbym miała wybór to pracowałabym tylko na rano. W moim wieku jednak nie można wybrzydzać, za chwilę dadzą mi stały kontrakt co jest przecież ważne. Mogłoby być gorzej, weekendy mam jednak wolne. Szkoda tylko, że akurat jak Artur pojechał sobie do Marsylii to ja mam popołudniówki…
Poszłam pocieszyć się do Lidla. Ja wiem, że zdrowe, normalne kobiety chodzą kupować buty albo do kosmetyczki, ale Lidl akurat był po drodze i mieści się w moim budżecie. Ciuchy i tak nie mieszczą mi się w szafie.
Wczoraj umyłam włosy. Zwykle robię to dwa razy w tygodniu, taka była sugestia fryzjera i okazało się, że to mi wystarcza.