Disziaj nie był zdecydowanie mój dzień. A na pewno poranek. Zaczęło się niewinnie: stanęłam na wadze. Ot 3 kilo więcej prawie. Ot po urlopie. Trudno. Zjadłam następnie pożywne i zdrowie śniadanko,, nie poddając się wadze. A potem nie mogłam znaleźć kluczyka od rowera. Kluczyk jest w sztuce jeden i nie da się dwukołowcem pojechać nie wsadzając w stosowną dziurkę. Po 15 minutach znalazł się sprytnie ukryty pod stertą jakichś innych gadżetów. Obiecując sobie, że teraz to na pewno posprzątam pojechałam w siną dal. Znaczy do klienta. Pod jego domem zorientowałam się, że nie mam kluczy od domu. Wracam. Nie ma. Zapewne zatrzasnęłam w komórce w środku, ale boję się trochę dziadka budzić. On siedzi tak do 3 w nocy i rano śpi smacznie snem kamiennym. Wracam i piszę, żeby poszukał. Po drodze ptak na mnie centralnie zwrócił swoje śniadanko. Wycierałam się kląc się i ptaka w żywe kamienie. Złośliwa bestia celowo na mnie nakierowała i żygnęła. Mogło być gorzej, bo mogła srajnąć. Za jakie grzechy? Kiedy ja prawie dziewica jestem. Ubiłabym bydlę na miejscu, alle uciekło. Ja rozumiem, że mu śniadanko nie smakowało, ale nie mógł tak obok?
Klucze się na szczęście znalazły: zostawiłam w drzwiach komórki szeroko i radośnie otwartych.
Udało mi się nic nie zepsuć więcej…
Hej Czterdziestko ☺️ Jak się udał urlop?
W pracy i na rowerze kg nikną w mig. Tego rowerowania zazdraszczam… ❤️
PolubieniePolubienie