Urlop

Kończy się drugi tydzień mojego urlopu. W sumie jest fantastycznie, choć nigdzie nie leżałam w tłumie z tysiącem innych rodaków na plaży, ani nie stałam w kolejce na Ścieżkę, ani nawet nie łapałam coronavirusa na Krupówkach. Czasami po prostu fajnie jest po prostu pomieszkać we własnym domu.

Pierwszy tydzień spędziłam na przemeblowaniu, bo kupiłam nowe łóżko, regał i telewizor. W planach jest nowa podłoga, może nowe okno. Chciałam mieć przytulny pokój, kiedy przyjeżdżam na te parę dni.

Spędziłam trzy dni u znajomej, którą poznałam w Holandii i która utknęła w Polsce. Dowiedziała się o tym inna wspólna znajoma, kazała pozdrowić. Na tym się nie skończyło. Wypytuje mnie: a co ona robi, a jak się jej żyje. Ma do niej numer, niech zadzwoni i sama zapyta. Ja wiem, że plotkowanie o bliźnich to najulubieńsza rozrywka. Sama nie jestem bez tej wady. Ale takie zadawanie kolejnych pytań, jakby szukanie tej sensacji na siłę. Powiedziałam, że trochę przytyła (bo wiadomo nie pracuje się tak ciężko, a czasu na jedzenie więcej) to od razu czy mam fotkę. Nawet jakbym miała to i tak bym przecież nie wysłała, są jakieś granice….

został mi jeszcze tydzień w Polsce, nie wiem jak zniosę powrót do wilgotnej i wietrznej Holandii, po trzech tygodniach przyjemnego ciepełka w Polsce. Będę tęsknić na za moim nowym łóżeczkiem. Wróciłabym, ale na razie nie mam na to planu. Chcę doszlifować holenderski, więc jeszcze rok zostanę, a co potem? Ile można sprzątać? Nie o takim życiu marzyłam, kiedy kończyłam studia.

Złośliwość rzeczy martwych

Jak Wam minął dzień? Bo mnie tak trochę średnio. Miałam wolne przedpołudnie, więc postanowiłam poćwiczyć. Już się przebrałam nawet, ale nie mogłam znaleźć pilota od telewizora. Był mi on potrzebny, nie po to, aby ćwiczyć zmianę kanałów, ale sobie wrzucam Chodakowską na duży ekran, aby ją lepiej widzieć. No ja już przebrana, już buty ubrane, a pilota nie ma. Trudno włączyłam trening na laptopie, zrobię bez. Buty musiałam oczywiście zdjąć, bo trening był na bosaka…

Pilot znalazł się w szufladzie toaletki, która służy mi równocześnie za biurko. Nie pytajcie. Już byłam gotowa uwierzyć, że wyrzuciłam za okno, bo sprawdziłam nawet w śmieciach.

Potem pojechałam do banku wpłacić pieniądze. W bankomacie zablokowałam sobie kartę, bo zapomniałam PINu. Przypomniał mi się jak wystawiłam nogę za próg. Nie pytajcie, ale po co bankowi PIN do wpłaty?

Wróciłam do domu, zrobiłam sobie jedzonko na popołudnie, bo teraz starannie się odżywiam (polecam- Vitalia). Już chciałam oddalać się na moim dwukołowym rumaku w kierunku klienta, ale nie mogłam znaleźć kluczy od domu. Zajrzałam nawet do lodówki, dziadek zaczął szukać ze mną, ale nie ma. Śmieci też przejrzane, pod łóżkiem, za łóżkiem. Muszą gdzieś być, bo weszłam do domu!

Były w tylnej kieszeni moich spodni…

Na koniec tego niezwykle przyjemnego dnia zmokłam jak kura, bo znowu pada.

Nie wiem kto tak miesza, Mars czy inny diabeł, ale niech natentychmiast przestanie! Urlop dopiero za 3 tygodnie!!!!

Klik

Dziadek wrócił z urodzin od znajomej. Stuknął drzwiami i przez jeden mały, krótki moment odezwał się mój Strach. Mój brat, pijany, wraca do domu. Stuka drzwiami, a ja się boję.

Zastanawiam się, czy to kiedykolwiek mi minie?

Dlatego też nie wrócę do Polski dopóki nie będę niezależna mieszkaniowo. Tu jestem bezpieczna. Choć nie tak całkiem niezależna. Bo wprawdzie pokój okazał się naprawdę jednoosobowy, a dziadek jest tylko nieszkodliwym dziwakiem, który jest przeciwko UE i uchodźcom, to niestety nabrał zwyczaju do wchodzenia doń pod byle pretekstem i pod moją nieobecność. A to kwiatki podleje, a to półkę o którą nie prosiłam przybije. I tak w nieskończoność. Chcę się więc wyprowadzić i wreszcie być niezależną. Sama. Kota adoptuję, kwiatki posadzę i będę sobie nago chodzić po mieszkaniu.

Trochę koronawirus mi pokrzyżował plany, bo dochody mi spadły. Nie na tyle, żeby nie mieć na rachunki i jedzenie, ale nie mogę oszczędzać. Poza tym ceny wynajmu mieszkań w Holandii wysokie. Zapisałam się na mieszkanie socjalne, ale chyba prędzej tego księcia na białym koniu za rogiem spotkam. Średnio się tu czeka 10 lat. Pozostaje czekać na okazję i upolować jakieś małe studio, nieumeblowane. Choć raz ja chcę zadecydować, jak moje mieszkanie ma wyglądać.

Jeden klik…

Koningsdag

Dzisiaj w Holandii jest święto. Konisgsdag to znaczy dosłownie Dzień Króla. Obchodzi się je w urodziny aktualnie panującego. Oczywiście panującego w przenośnym znaczeniu, bo w Holandii rządzi parlament i większość parlamentarna, a najwiecej ma do powiedzenia premier, a nie król. Nie będę jednak przecież Holendrom ustroju wybierać….

I to jest mój pierwszy niepracujący Koningsdag. Zwykle w hotelu ani mowy nie było o wolnym, zwłaszcza, że płacili 150%. Jeszce w zeszłym roku siłą rozpędu poszłam do klienta, a dzisiaj miałam świętować. Normalnie odbywają się imprezy, atrakcje dla dzieci, puby pełne, a Holendrzy mogą sprzedawać co tylko im tam zawadza w garażu. Król co roku bywa w innym mieście i pozdrawia poddanych. Kolor obowiązujący to pomarańczowy (oranje) a to dlatego, że jest to kolor aktualnie panującej rodziny królewskiej. Dziadek wywiesił flagę na balkonie, ja taką mini zatknęłam w doniczce i to był koniec świętowania. Może w następnym roku?

Wesołych Świąt

Księgowy do mnie zadzwonił ucieszyć informacją, że za dużo zarobiłam. W związku z tym za pierwszy kwartał czeka mnie 457 euro podatku do zapłacenia. Nie wiem w związku z tym płakać, że tak dużo, czy cieszyć się, że tak dobrze mi idzie. Byłoby nawet więcej, ale marzec z koronawirusem pokrzyżował mi plany.

Poza tym Wielkanoc miałam spędzać w Polsce. Miała być Święconka i Wielki Piątek. Głupio tu teraz, ale zrobiłam sałatkę (brat też), upiekłam babkę (bo umiem) i jutro zabiorę się za jakiś wege bigos. Koleżanka mnie odwiedzi jedna, potem druga, ale to nie to samo…

Wesołych Świąt Kochani, oby Wam starczyło chociaż na jajeczko. Abyście byli wszyscy w komplecie, wszyscy zdrowi. Pogoda aby dopisała i aby Chrystus Wam znowuż zmartwychwstał. Do Następnego razu.

Koronawirus

Jestem. Żyję. Miewam się dobrze, nie dostałam nawet kataru. Niestety przy mojej pracy nie mogę sobie pozwolić sobie na homeoffice, ale trochę klientów mi odwołało sprzątania, więc zyski mniejsze. Rząd holenderski sypnął kasą w postaci 20 miliardów euro wsparcia dla firm, ale niestety się na to nie łapię. Musiałabym zarabiać mniej niż wynosi minimum socjalne czyli coś ponad 1600 euro brutto. Rozważałam opcję przeniesienia klientów chwilowo na czarno, ale po pierwsze jestem przeraźliwie uczciwa, po drugie sklepy przestały tu przyjmować gotówkę. Bez sensu zresztą, wszystkich przyzwyczaiłam do przelewów, nie będę teraz kombinować. Nie mam też żadnych stałych kosztów typu czynsz itp żeby ubiegać się o dofinansowanie. Biednemu wiatr zawsze w oczy.

I przyznam się Wam, że w zeszycie też nie pisałam. Jestem może uczciwa, ale leniwa 😉

Zeszyt

Przy okazji poszukiwań jakiegoś zeszytu, którego bym mogła użyć na holenderskim, znalazłam mój pamiętnik. Tylko kilka wpisów, bo skoro mam blog to zaprzestałam pisania. Postanowiłam do niego wrócić. Doszłam do wniosku, że muszę poćwiczyć rękę, bo przy okazji podpisywania kartek świątecznych okazało się, że mam problemy z pisaniem. Nie, żebym nie wiedziała jak pisać i co, tylko ręka niewprawna w trzymaniu długopisu nie wiedziała do końca co to się robi. Stwierdziłam ponadto, że tam mogę być szczera. Tu nie. Wobec tego przenoszę się do zeszytu.

This is the end.

Język holenderski

Już dawno bardzo mnie denerwowało to, że ktoś do mnie mówi, ja nie rozumiem. Ok na tyle liznęłam języka holenderskiego, że rozumiem dzień dobry i dobranoc i inne takie, umiem życzyć miłego dnia i wiem jak mi się pytają w sklepie, czy chcę paragon. Trochę to jednak dziwnie tak długo mieszkać w jakimś kraju i nie znać holenderskiego.

Zgłosiłam się wobec tego do szkoły, tym bardziej, że jako osobie zameldowanej przysługuje dofinansowanie gminy. Szkoła zgłoszenie przyjęła, gmina mnie zaakceptowała i zostałam zaproszona na rozmowę w ostatni piątek. Dali mi test do wypełnienia, ale jedyne co wiedziałam to gdzie wpisać imię i nazwisko. Resztę usiłowałam zgadywać, ale i tak zapisali mnie do grupy A1-1 cokolwiek to znaczy.

Dzisiaj odbyły się pierwsze zajęcia. Trochę dziwnie, bo zaraz jest przerwa świąteczna, ale okazało się, że część grupy już jest trochę zaawansowana, a nas chwilowo dołączyli. Po świętach trafię już do tej docelowej. Podpisałam umowę, dostałam podręcznik do poziomu A2 (?) oraz nasze parę osób przeniesiono do sali komputerowej, aby wyjaśnić jak odrabia się zadania domowe. Potem na koniec znowu były zajęcia razem.

Lekko nie będzie, bo od razu mówią do ciebie po holendersku, tylko czasem wyjaśniając znaczenie po angielsku. Będzie może przez to mniej gadania o gramatyce, bo się po prostu nie da tych wszystkich niuansów wyjaśnić. I dobrze, masz mówić i pisać oraz czytać, a nie robić doktorat z gramatyki. Była na przykład scenka. Najpierw panie ją odegrały. Potem zapisano dialog na tablicy i kazano powtarzać. Potem pani wymazywała poszczególne słowa i kazała powtarzać z pamięci. Następnie mieliśmy uzupełnić dialog pisemnie.. Na samym końcu było sprawdzanie, czy poprawnie zapamiętaliśmy.

Łatwiej jest o tyle, że jestem otoczona tym językiem i przez osmozę coś mi przeniknie do mózgu. Gorzej, że ja nie przepadam za językami germańskimi. Niemieckiego uczyłam się dwa lata w liceum i z ulgą przerzuciłam się na rosyjski. Potem jak poznałam Marcela przyszło mi na myśl, że może się uczyć znowu niemieckiego, ale świetnie się porozumiewaliśmy po angielsku i wystarczyło, że wiem jak powiedzieć kochanie po niemiecku.

W każdym razie na święta jadę z podręcznikiem i zadaniem domowym do zrobienia i mam nadzieję, że wytrwam. Semestr się kończy dopiero 23 sierpnia … Ja już tu sobie zaplanowałam, że pojadę do domu na 3 tygodnie i może zabiorę się za to prawo jazdy, ale chyba to będzie musiało poczekać.

Tylko pieniądze

W niedzielę przeleżałam plackiem pod kocykiem niezdolna do głębszej myśli. Ruszyłam się generalnie rano zrobić śniadanko i kawę oraz wieczorem coś zjeść, aby dziadek mi znowu nie zadawał krępujących pytań, dlaczego oto nie jadłam. Bolała mnie każda komórka ciała. Może ja już za stara jestem na takie zabawy? Wiek osiągnęłam Mickiewiczowski, i z każdym rokiem będzie gorzej. Nie wiem, kiedy miałam okazję spędzić tak leniwie, po prostu leżąc. Poprzedni weekend zajęty. Od poniedziałku praca. W czwartek Mikołajki z jednymi znajomymi. W piątek imieniny u innej koleżanki. Sobota praca do 12. Ledwo dowlokłam się do domu, nie poszłam na siłownię, nie dałam rady. Potrzebuję wanny. Wygrzać się. Moje obolałe mięśnie wymagają regeneracji.

Może powinnam dać sobie spokój? wrócić do Polski, zatrudnić się z powrotem za 1800 netto i klepać biedę? Zostały mi dwa kredyty do spłacenia oraz brat z kilkunastu zobowiązań… W życiu bym tego w Polsce nie spłaciła. Ale zdrowie się ma tylko jedno… Tam mam wszystko. Tu tylko pieniądze.

Money is no problem

Bateria okazała się nie być problemem. Taką informacją mnie dziadek poczęstował dzisiaj. Tak się wydawał być skruszonym, że nie mogłam być zła, chociaż miałam zamiar. Ta historia pokazuje jednakże moje stosunki z dziadkiem. On czasami nieproszony wyszukuje rozwiązanie problemu.. Wystarczy mu zdanie oznajmujące, że ja mam problem. Doceniam jego chęci, ale to jego piekło jest jakieś inne. Moje jest wybrukowane moimi długami. Dla niego pieniądze to nie problem. Tak się kiedyś wyraził jak zalegałam z czynszem.

I sprawa z baterią obrazuje mój charakter stosunków z dziadkiem. On proponuje coś co nie leży w moich możliwościach. Nawet nie pomyśli o tym, że ja mogę mieć jakieś inne problemy/wydatki/sprawy/pllany. Dla niego money is no problem- tak się wyraził kiedyś….