Zostałam singielką?

Chyba właśnie zostałam signielką…

Artur poleciał tydzień temu do Marsylii. Widzieliśmy się więc 2 tygodnie temu, bo jakoś nie znalał czasu przed wyjazdem, aby się ze mną spotkać. Jak Boga kocham myślałam, że wyjeżdża na tydzień, choć już jakiś czas temu powiedział mi, że zablokował sobie urlop na przełomie kwietnia i maja, aby wykorzystać holenderskie długie weekendy.Żeby sobie podróżować. Oczywiście w tych planach nie uwzględnił mnie, a dzisiaj jak go zapytałam kiedy wraca powiedział, że nie wie. Myślałam, że żartuje. Zaczął mówić, że może wróci ciut wcześniej ok 18 maja i wtedy pojedziemy sobie rowerami gdzieś. Jest 30 kwietnia. Widzieliśmy się 16 kwietnia ostatnio i oznaca to, że on planował miesiąc beze mnie. I jeszcze wypominał, że ja przecież jeżdżę do Polski….

Raczej nie musi się za bardzo spieszyć, aby tu wracać. Zmarnowałam z nim czas, ale na własne życzenie, do nikogo nie mogę mieć żalu.

Boli, ale widać tak miało być. Cóż stara, a głupia…

Afera mieszkaniowa

Miałam pisać, nie pisałam i nic nie mam na swoje usprawiedliwienie. Odkąd zrezygnowałam z grupowego kursu holenderskiego wydawało mi się, że będę mieć więcej czasu, ale oczywiście leń we mnie zamieszkał i nie chce opuścić. W skrócie: od stycznia mam stałą umowę, z Arturem ciągle się spotykam, byliśmy razem w Paryżu gdzie omal go nie rzuciłam, w pracy OK, holenderskiego uczę się prywatnie, zapisałam się na kurs z excela i angielskiego w ramach programu Santander Banku i ciągle mieszkam u dziadka.

Mieszkam, bo tak mi wygodnie, cena jest na moje możliwości, lokalizacka dogodna i przyzwyczaiłam się. Tak tu minęło cztery lata, choć dziadek mnie też denerwuje, tak jak Artur czasami. Oczywiście część sytuacji to moja wina, bo nie umiałam postawić granic i być asertywną. Od jakiegoś czasu nastawiam się na wyprowadzkę, ale znalezienie mieszkania w Holandii nie jest proste. Muszę się jednak przyznać, że nie szukałam jakoś specjalnie intensywnie.

W środę znalazłam ogłoszenie o małym mieszkaniu, 35 metrów w dawnym biurowcu. Ono pojawiło się już jakiś czas temu, ale wtedy poprzestałam na rejestracji w agencji nieruchomości. Tym razem postanowiłam pójść dalej wysyłając dokumenty. Jeśli nie to konkretne mieszkanie to może mają jakieś inne, trafię na listę, zawsze to jakaś szansa.

Ponieważ mieszkań w Holandii jest znacznie mniej niż chętnych agencje stawiają warunki. Określone zarobki, na ogół w wysokości dwu albo trzykrotności czynszu, brak zwierząt, najlepiej stała umowa o pracę. Lista dokumentów obejmuje kwitki z wypłaty za ostatnie trzy miesiące, wyciągi bankowe, zaświadczenie z gminy o zameldowaniu, ostatni jarropgave (taki rodzaj PITu) od pracodawcy, deklaracja podatkowa za zeszły rok, zaświadczenie z pracy oraz od aktualnie wynajmującego. O ile większość dokumentów udało się załatwić, mój HR wysłał mi zaświadczenie po godzinach pracy, kwitki i wyciągi sobie sama ściągnęłam, a najdłużej czekam na zaświadczenie z gminy, bo musiałam zapłacić 5 euro i wyślą mi to pocztą. Największy problem zrobił dziadek.

Wysłałam mu formularz mailem prosząc o wypełnienie, ale nie zagłębiałam się w temat, po prostu potrzebuję. Na drugi dzień wieczorem wparował mi do pokoju z tym formularzem w ręku, bardzo podekscytowany zz pytaniem na co mi to, czy to obowiązkowe z rządu i w ogóle żadna firma nie prawa żądać czegoś takiego. Tak byłam zaskoczona, że nie wiedziałam co powiedzieć. On, że musi to rozważyć… Pytania w sumie nie były jakieś podejrzane i dotyczyły tego, czy płacę czynsz na czas, czy miałam jakieś zaległości i czy narobiłam jakiś zniszczeń. To dosyć standardowy formularz przy szukaniu mieszkania.

No i zrobił się kłopot, chociaż dzień wcześniej dziadek mnie zapewniał, że jest bardzo zadowolony z mojego mieszkania tutaj. Ja wiem, że był pewnie zaskoczony, ale w koncu chyba logiczne, że bedę się chciała kiedyś wyprowadzić…

Rano zastałam umoralniający liścik od dziadka z pytaniem jaka firma żąda takiego zaświadczenia i że to scam i że mam „użyć swojgo mózgu”. Krde zrobiło się toksycznie i niekomfortowo… Ja wiem, że nie jestem typową lokatorką, dziadek mi dużo pomógł, pożyczył mi nawet kasę jak mi się zepsuł rower, ale w końcu ja tylko wynajmuję od niego pokój. Może i czasami popełniałm błędy, ale mam już 47 lat i umiem używać mózgu…Jakby co to będą moje własne błędy…

Koniec końców napisałam do niego list, w któym wyjaśniłam, że chodzi o agencję nieruchomości, podałam adres, wyjaśniłam że muszę myśleć o przyszłości i poszukać samodzielnego mieszkania, choć jestem świadoma faktu, że może to nie zdarzyć się szybko.

Dziadek ugiął się i formularz podpisał, ale nie omieszkał dodać swoich trzech groszy. Znowu mi zostawił notkę, w której mnie pouczał o tutejszym rynku mieszkaniowym, podawał ceny wynajmu i ostrzegał przed płaceniem racuhunków za wodę i prąd.

W sumie mobilizował mnie, aby wyprowadzić się jak najszybciej….

Wesołych Świąt!

Jestem w Polsce i musicie mi wybaczyć, że tak krótko, bo pisze z tabletu, który dostałam kiedyś od Artura, a nie jest to najwygodniejszy sposób na świecie. Od jakiegoś czasu nie biorę laptopa ze sobą.
Siedzę sobie w legginsach i kolorowym świątecznym swetrze, który kupiłam sobie w zeszłym roku. Kocyk, kawa, lampka wina i Diabeł ubiera się u Prady. Książka, nie film. Film zdecydowanie lepszy, książka tak góra 6/10. Na stoliku leży talerz ciastek i znowu mam ochotę nie wracać.
Życzę Wam wszystkim Wesołych Świat i do zobaczenia na)

Oświadczyny

Wiem, że obiecałam Wam pisać, podałam listę tematów, po czym zamilkłam na 10 dni, ale jakoś brak mi czasu ostatnio. Wiecie, zajmowały mnie pilne sprawy typu tiktok i takie tam 😉 Na swoje usprawiedliwienie powiem tylko, że miałam do niedawna holenderski trzy razy w tygodniu, a w weekendy na ogół spotykam się z Arturem. No i na samą myśl, że mam włączyć mój komputer, który staje mi okoniem i działa coraz wolniej to mnie skręca. Mam komórkę, dostałam od Artura w prezencie tablet i jak nie muszę to kompa nie włączam. Chcę sobie kupić nowy, ale w planach na przyszły rok jest też kurs francuskiego w Paryżu oraz zrobienie w końcu prawa jazdy, więc nie wiem, czy mi na wszystko kasy starczy.

Do rzeczy jednak. Wróciłam sobie kiedyś do domu i siedziałam przy stole, kiedy dziadek wyznał mi, że ostatnio coraz gorzej się czuje. Narzekał już wcześniej na kręgosłup, ale ma 78 lat, młodszy nie będzie. Na pewno nie pomaga fakt, że dziadek spędza całe dnie przed telewizorem, nie ma ruchu, bo boli, boli go więcej, bo nie ma ruchu i tak się koło zamyka. Powinien chodzić na rehabilitację, pływać, spacery, ma rower też elektryczny jak ja. No ale nie będę go przecież edukować, ma lekarza to niech może on się o niego martwi.

Dziadek zaproponował mi, żebym w przyszłości pomogła mu, zakupy itp kiedy już nie będzie mógł. Właściwie nie doprecyzował na czym konkretnie ta opieka ma polegać, mielismy się dogadać. Trzeba Wam wiedzieć, że jakiś czas temu dziadka córka oznajmiła mu, że sprzedaje mieszkanie i wyjeżdża na stałe do Belgii. Nie wiem, czym się powodowała, ale jak go zapytałam to powiedział, że żadnej pracy jeszcze nie ma. Kobieta jest po 50-tce, nie ma partnera i dzieci i może stwierdziła, że teraz albo nigdy? Może chce się uwolnić od dziadka, a może chodziło o jej niesympatycznego szefa? Z tego co słyszałam, jeszcze przed epidemią koronawirusa zastanawiała się nad zmianą pracy, co jej dziadek odradzał, bo w tym wieku trudno znaleźć dobrą pracę.

Opieka nad dziadkiem miała wiązać się z zapisaniem mieszkania. Aby uniknąć zapłacenia wysokiego podatku dochodowego zaproponował mi, abyśmy się pobrali. Tu nawet córka by musiała ten podatek zapłacić, nie ma zwolnienia jak w Polsce. Oczywiście powiedział, że nie wymaga ode mnie dzielenia z nim łoża, to miała być tylko formalność…

Propozycja tak mnie zaskoczyła, że obiecałam się zastanowić, choć z góry wiedziałam, że to nie dla mnie. Po pierwsze dlatego, że mimo mojej pragmatyczności i analitycznego myślenia małżenstwo z rozsądku, dla pieniędzy nie leży w moim światopoglądzie. Po drugie nie wiem jak dziadek wyobraża sobie opiekę, na razie jest chodzący, ale co jak się położy za pół roku do łóżka i będzie wymagać np pomocy w myciu i zmiany pampersów? Taka umowa oznaczałaby związanie sobie życia na długie lata,przecież on może dożyć 90-tki. Po za tym teraz mieszkanie jest testamentem zapisane na córkę, dziadek zapisze na mnie, a potem coś mu się odwidzi i ja zostanę na lodzie?

Pozostaje kwestia finansowa, Skoro małżeństwo odpada to nie opłaca mi się to finansowo. Do spłaty jest hipoteka, nie jest pewne, czy w razie czego bank zażąda ode mnie spłaty tych kilkudziesięciu tysięcy euro. Kredytu na siebie mogę nie dostać. Plus dochodzi zapłata tego nieszczęsnego podatku dochodowego. Mieszkanie wymaga remontu, na pewno by trzeba odświeżyć łazienkę, odmalować ściany, wymienić kuchnię. Następne kilkadziesiat tysiecy. Jeszcze by się okazało, że ja na tym stracę.. Poza tym teraz dziadek mi płaci za sprzątanie, a jakbym zobowiązała się do opieki to by mi ta stówka odeszła. Gdybym jednak zdecydowała się przyjąć jego przedziwne oświadczyny to straciłabym dorażnie także, bo płaciłabym wyższe podatki, straciłabym prawo do różnych ulg i dopłat, a dziadek dostałby niższą emeryturę.

No i na sam koniec… wprawdzie z Arturem jest powiedzmy dobrze, ale nie gorąco to jednak nie wyobrażam sobie, że po przyjęciu oświadczyn mogłabym się z nim nadal spotykać.

Po dwóch dniach powiedziałam więc dziadkowi, że nie mogę przyjąć jego propozycji, ale będę mu pomagać w miarę możliwości, ale bez zobowiązań. Powiedziałam mu też, że w przyszłym roku zamierzam poszukać sobie mieszkania. Czas na przejście do następnego etapu…

Wracam!

Stęskniłam się i wracam! Nic mi tak w życiu nie wychodzi jak pisanie, więc postanowiłam, że bee pisać. Tu, w realu, jak się da.

W nagrodę możecie sobie wybrać tematy jakie mam poruszyć :

  • oświadczyny Dziadka
  • przedłużenie umowy w pracy
  • afera plotkowa w pracy
  • jak to się B obraziła
  • jak nie było moich urodzin
  • jak mamusia Artura rękę złamała
  • jak nie udało mi się schudnać w tym roku
  • inne, jakie?

Buziaczki!

Stracony weekend

Zanim przejdę do rzeczy to powiem Wam, że aż zamarłam jak próbowałam się zalogować, a tu wyskakuje info, że WordPress ze względów bezpieczeństwa zablokował mi konto. Na szczęście udało się odblokować. A po drugie mój laptop tak dyszy i grzeje, że obawiam się, że długo nie pociągnie… Przed chwilą się o mało nie oparzyłam…. Czas na nowy?

A co do meritum… W Holandii zrobiła się ładna pogoda, weekend ładny, a we wtorek ma być aż 36 stopni. Jakby ciut za gorąco. Mieliśmy się z Arturem wybrać na wycieczkę rowerową. Dawno mnie namawiał, że są w okolicy ładne dzikie tereny, zero ludzi. Ale za daleko pieszo, trzeba się tam pojechać rowerem. Już kiedyś tam proponował mi swoją „holenderkę”, której nie chciała siostra. Nie dziwię się siostrze, ja też jej nie chciałam. Nawet nie próbowałam na niej pojechać. Okazało się, że blokada przez nieznanym jest w tym wypadku zbyt silna.

Miałam więc wziąć swój rower, wsiąść do pociągu, wysiąść w Z, przenocować z rowerem (znaczy rower w piwnicy, ja u Artura) a rano czyli dziś mieliśmy pojechać. Już na stacji u mnie okazało się, że nie ma bezpośredniego pociągu jak zawsze i trzeba się przesiadać w Amsterdamie. Potem nie mogłam wtargać swojego rowera po schodach, na szczęście znalazł się jakiś dżentelmen. W pociągu na specjalnym miejscu już stał jakiś rower, swój więc postawiłam obok. Niestety podczas jazdy przewrócił się na pana, który siedział na przeciwko… Na szczęście stłukł sobie tylko lekko kolanko, obeszło się bez ran szarpanych. Jak wysiadłam na stacji przesiadkowej to mądrzejsza o doświadczenie ze stacji u mnie zwiozłam rower na dół windą. Niestety bramki na wyjściu okazały się zbyt szybkie i utknęłam w miejscu, z którego nie mogłam się wydostać. Na szczęście wypuścił mnie pan z obsługi sprzątającej… Przytargałam rower na właściwy peron, ale tam okazało się, że mój pociąg odjechał. Jak za pół godziny przyjechał następny to usłyszeliśmy informację, że nie odjedziemy, bo gdzieś tam wybuchł pożar i pociągi odwołano. W międzyczasie Artur dzwonił, a ja tu z rowerem, plecakiem, pół żywa. Chciał abym gdzieś tam podjechała, mówił że to 10 minut. Mnie google map pokazał 50 minut do niego do domu. A ponieważ google zawsze mi zaniża to na bank byłaby godzina. Co najmniej, bo drugą przeznaczyłam na zgubienie się, które na bank by mi się trafiło w pakiecie.

W tym momencie odechciało mi się wycieczki, roweru i wszystkiego. Napisałam Arturowi, że wracam do domu. Jak już dotarłam do domu, to nie miałam ochoty z nim gadać. Ja wiem, że to nie jego wina, ale to był jego pomysł. Prawie się popłakałam z tego wszystkiego. Uruchomiły się we mnie wszystkie złe zmory i niemiłe wspomnienia. Nie odebrałam Artura telefonów, dziadkowi powiedziałam, że idę spać, ale w nocy nie zmrużyłam oka.

Kiedy więc rano Artur zadzwonił i mówił, że miał na myśli, że ja mam gdzieś podjechać, a on by mnie odebrał (w sensie że podjechał swoim rowerem), a w ogóle to pociągi wznowiono po 45 minutach to z trudem powstrzymałam łzy. Powiedziałam, że nie mogę z nim rozmawiać, rozłączyłam się i rozryczałam na całego. Byłam gotowa z nim zerwać, z powodu tego incydentu. Cały dzień przeleżałam pół żywa i to ja napisałam do niego pierwsza wieczorem. W ogóle nie zainteresował się jak się czuję, a ja tu umierałam prawie… Odechciało mi się wypraw pociągiem gdziekolwiek. Ciągle nie czuję się dobrze. W sumie okazało się znowu, że w razie czego jestem sama i nie ma mnie nawet kto przytulić i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze….

Powiedzcie, czy ja nie jestem jednak chora?

Wrażenia z pracy

Dzisiaj minął miesiąc odkąd pracuję. Jestem zadowolona. Co robię? To praca w clean roomie, czyli w warunkach steryylnych. Nosisz maseczkę, czapeczkę, specjalny uniform i rękawiczki. Nie można mieć makijażu, sztucznych rzęs oraz krótkie i niepamalowane paznokcie. na początku byłam przerażona, bo bez makijażu nie wynosiłam nawet śmieci. Stwierdziłam jednak, że potraktuję to jako wyzwanie. Trudno było się zaakceptować w takiej wersji, czułam się naga. Łatwiej było, bo żadna się nie maluje. Ewentualnie można mieć przezroczystą hybrydę itp. Postanowiłam bardziej zwrócić uwagę na pielęgnację skóry. Peelingi, filtry, picie wody, itp. Siedzę dzisiaj przed lustrem, piszę tego posta i stwierdzam, że nie jest źle. Zastanawiam się co zrobić z tonami kolorowymi kosmetykow które już posiadam. Na razie maluję się na kursy holenderskiego i na randki z Arturem, choć on cały czas mi mówi, że woli mnie saute. Ale dzisiaj pojechałam do polskiego sklepu saute i nikt nie umarł, nikt nie doznał zawału na mój widok i nawet nikt nie dzwonił na 112.

Da się przeżyć.

Kasa co tydzień ta sama. Koleżanki z różnych krajów, różne kolory skóry, figury i akcenty. Firma bardzo w porządku. Praca niemęcząca. Czasami ktoś ma urodziny, a innym razem ktoś ma pierwszą rocznicę pracy. Innym razem impreza firmowa albo szef z Ameryki przylatuje i są lody. Cieszę się, że się decydowałam.

Sobota

Podpisałam kontrakt, zaczynam pierwszego czerwca. Dostalam nawet zaproszenie na imprezę czerwcową 10 czerwca gdzieś tam. Witają mnie jako nową koleżankę. Pewnie nie pojadę, bo to jakieś 65km stąd, ale to miłe, że dostałam takiego maila.

Bo te moje znajome albo wyjechały, albo zaszły w ciążę, albo mają pretensje, że jestem zmęczona akurat nie w te same dni co one. Bywa.

Będę tęsknić…

W poniedziałek porozmawiałam sobie z rekruterem na temat oferty pracy. Miałam wrażenie, że jest bardziej wystraszony ode mnie 🙂 W międzyczasie znalazłam sobie ogłoszenia na portalu jego firmy i już mniej więcej wiedziałam na czym polega zajęcie. To praca w tzw clean roomie czyli warunkach sterylnych. Maseczka, rękawiczki, czapeczka. Żadnego makijażu ani biżuterii. Nawet perfumy czy balsam do ciała mogą zaszkodzić. I w tym jakże seksownym stroju siedzisz i np. montujesz sobie bombkę atomową.

Zalety jednak są większe od niedogodności: 40 godzin pracy, 30 dni urlopu. Trzynasta pensja, dodatek podróżny czyli kilometrówka. Płatne urlopy, święta i chorobowe. Weekendy wolne. Trzy przerwy. Pensja na godzinę mniejsza niż biorę od klientów, ale jak policzyć te wszystkie dni, w które nie pracowałam, bo urlopy, święta albo ktoś chory to wychodzi tyle samo albo ciut więcej. W dodatku to duża firma, jakieś szanse na rozwój są zawsze. I stabilność. Wreszcie będę wiedzieć na czym stoję i mogła sobie pojechać na urlop bez myśli, że nie zarobię w tym czasie.

Wczoraj podpisałam umowę. Cieszę się, choć trochę mi szkoda. Nie tego sprzątania, a klientów. Poznałam naprawdę ciekawych ludzi, wiele się od nich nauczyłam. Ich wymagania kazały mi stawiać sobie poprzeczkę wyżej i wyżej. Będę za nimi tęsknić…

Głupia jestem, nie?

Związek nie na całe życie

Żyję, byłam nawet na Święta Wielkanocne w domu. Całkiem przyjemnie z sałatką i sernikiem się przytyło kilogram. Kot też był zadowolony z faktu, że mój pokój był otwarty i można w nim bywać w dowolnych godzinach. W ogóle bym nie wracała, gdyby nie kasa i Artur. Kasa to tak różnie, a Artur akurat sobie pojechał do Luksemburga. Teraz jest w Szwajcarii, potem jedzie do Nicei, a z wyjazdu do Zakopanego, który miał być wspólny nic nie wyszło, bo on sie boi wojny… No i pokarało go, bo wrócił z tego Luksemburga z zatruciem pokarmowym, zjadł jakieś byle co u Turka…

Ja zaś ostatnio bardzo zaczęłam w końcu szukać tej pracy. Zapisałam się wprawdzie na różne newsleterry, ale tyle tego przychodziło, że zaczęłam ignorować. Dopiero Artur mnie zmobilizował, dopytując się codziennie co zrobiłam. Wysłałam nawet jedno CV na ofertę pracy supervizora w hotelu w okolicy. Że niby 14.39 euro na godzinę, 13-tka, bonus świąteczny i mozliwość pracy od poniedziałku do piątku. W to ostatnie nie wierzę, bo nie ma takiej możliwości, praca w hotelarstwie jest na okrągło, ale po pierwsze może idzie się dogadać, a po drugie co zaszkodzi spróbować, dawno nie byłam na żadnej rozmowie o pracę.

I dzisiaj, drugiego dnia szukania odezwał się do mnie facet, Dzwonił, ale ja akurat latałam z odkurzaczem u klientów to napisał wiadomość na Whatsuppie. Oferuje pracę w firmie farmaceutycznej, w clean roomie. Najpierw sobie pomysłałam, że znowu sprzątanie, ja dziękuję bardzo. Ale potem doczytałam w internecie, ze ten clean room to w żargonie specjalne miejscie w firmie (np informatycznej czy farmaceutycznej właśnie) wykonuje się niektóre prace w odpowiednich warunkach. To znaczy odpowiednia temperatura, mikroklimat, ty w czepku montujesz te tranzystory dla NASA albo pompy insulinowe. Oferta kusząca, ale cały dzień nie miałam czasu ani pomyśleć, ani z nikim skonsultować. W poniedziałek oddzwonię.

Dwie rzeczy tylko mnie martwią: że to mają byc zmiany od 8.30 do 17.00 czyli pewnie też weekendy oraz że to jest jakieś 10 kilometrów ode mnie. Rowerem 30 minut, ale nie znam dokładnej lokalizacji, więc może więcej. Ale za to w tej miejscowości mam fizjoteraeutkę i kosmetyczkę. Oraz byłoby bliżej z miejscowości, w której znajoma wynajmuje mieszkanie i będzie je zwalniać w tym roku, bo w ciążę szczęśliwie zaszła. Dalej do Artura. Ale w końcu ten związek okazał się nie być typu: i żyli długo i szczęśliwie… No, ale z drugiej strony w holenderskich wiadomościach mówili, że więcej jest ofert pracy niż osób jej poszukujących, więc jak nie ta praca to inna….

A w ogóle to tak rzadko piszę, bo co otwieram laptopa to idzie tak: ja jestem przy piątej myśli, a laptop ją zapisuje po piątej minucie. A nie daj Boże mam dwie otwarte zakładki naraz. Katastrofa. Dlatego np prywatne lekcje holenderskiego odbywam na tablecie, który dostałam w prezencie od Artura (bez okazji, zamiast kwiatów, bo oni tacy praktyczni….)