Jedna pani drugiej pani

Cóż dostałam dzisiaj małą nauczkę: nie mówić ludziom wszystkiego. Naiwnie w ogóle nie pomyślałam, że to co mówię komuś w prywatnej wiadomości może gdzieś wyciec.

Poszło o Renee. Nie odzywał się parę dni, nie odpisał na moje życzenia świąteczna i dowiedziała się o tym moja znajoma, u której się poznaliśmy. W sumie to było tak, że to ona mnie zagadnęła „czy piszemy do siebie” licząc pewnie na jakieś pikatne szczegóły. Musiałam więc odpisać, że nie. Ona się zapytała czemu, co się stało i chyba bardziej się przejęła ode mnie.

Wczoraj Renee napisał, życzył mi Szczęśliwego Nowego Roku. Pomyślałam jednak, że jestem pokręcona, z tą moją dziwną duszą, która zakłada od razu najgorsze. Postanowiłam podejść do tej znajomości na luzie. Napisze to napisze, nie to nie, nie będzie to koniec świata. Nie ten to inny, a jak nie to też się nic nie stanie. Przyzwyczaiłam się być sama. Czasami tak łatwiej.

No i dzisiaj się dowiedziałam, że ona o tym milczeniu opowiedziała swojemu facetowi. On swojemu koledze z pracy i jak się wszyscy trzej spotkali na piwie to ten trzeci mu powiedział, że słyszał, że nie odpisał mi na wiadomość. Nawet nie byłam na nią zła, pewnie chciała pomóc, choć ja wcale nie prosiłam ją o pomoc, tylko się jej trochę pożalić.

Strasznie głupio wyszło i wcale bym się nie zdziwiła, jakby się obraził. W końcu nikt nie chce aby jego randki z dziewczyną były omawiane w gronie znajomych. Ja dostałam nauczkę, aby się aż tak nie zwierzać. Chociaż właściwie nie wiem jak mam reagować w sytuacjach, kiedy mnie się wypytują: pisał? nie pisał? umówiliście się? co robiliście? kiedy? jak? Mam udawać, że nie widzę pytania? Pisać: u mnie wszystko w porządku, dziękuję?

W każdym razie bardzo niezręcznie to wszystko wypadło. Ja wyszłam na nierównoważoną plotkarę, która opowiada o wszystkim na prawo i lewo.

Wesołych Świąt

Życzę Wam kochani przede wszystkim zdrowia i miłości. Reszta nieważna. Mam nadzieję, że macie udane Święta.

Moje tak średnio. Brat się postarał, zrobił zakupy, prawie wszystko ugotował, ja tylko pokroiłam sałatkę. Nawet choinki ubrał. Ja w sumie tylko odkurzyłam u siebie i umyłam podłogę. Wigilia była sympatyczna, dużo rozmawiamy. Nasze relacje bardzo się poprawiły odkąd mieszkamy osobno, a ja splacilam większość moich długów.

Reszta… Młodszy brat nie odzywa się od zeszłego roku, kiedy to mu pożyczyłam 50 euro. Rząd holenderski wprowadził nagle obowiązkowe testy na covid dla powracających. Musiałam w związku z tym przesunąć lot, bo nie zdołam załatwić tego przed 3 stycznia. W dodatku koszt testu to ok 390 złotych. Teraz się martwię, czy test wyjdzie pozytywnie i będę mogła wrócić…

A co do dania szansy facetowi … Wysłałam mu wczoraj sms z życzeniami Wesołych Świąt. Nie odpisał. Rozumiem, więc sprawę za zakończoną. Przykro mi, ale lepiej, że nie odpisał. Nie będę się łudzić.

Następnym razem nie dam się namówić na żadna randkę, z żadnym facetem. Zapomniałam się i teraz znowu cierpię. A było już tak spokojnie…

Dlatego życzę Wam miłości. Dużo!

Randka

Byłam wczoraj na randce. Już wiem, co się robi na randce z dojrzałym mężczyzną. Opiera się 😉 Bo wiecie… wszystko zamknięte. Poszliśmy na spacer, ale zaczęło padać. Wszystko zamknięte, więc na kawę pojechaliśmy do niego. U mnie dziadek w roli przyzwoitki, więc średnio. Kawa była owszem, nespresso, ale po pierwsze podziwiałam dom. Czysto. Bardzo. Firanki chłopak pierze. Podziwiam, u mnie nie jest tak czysto. Ale generalnie ja nie lubię sprzątać 😉 Po drugie gotuje. Je warzywa, bo widziałam lodówkę. Po rozwodzie, żona była Polką. Ma syna 19 lat. Potem był w związku z kobietą, która tez miała dzieci, więc nie mieszkali razem, ale spotykali się albo u niej albo u niego.

Spędziłam u niego 8 godzin. Było dobrze, nawet jak nic nie mówiliśmy, a on mnie tylko trzymał w objęciach. Nie wiem, czy coś z tego będzie, czy nie. Moje doświadczenie mówi, że nie. Ale tym razem to nie jest facet z Tindera, czy innego internetu. Poznałam go u wspólnych znajomych, w sposób całkowicie tradycyjny. Pewnie jakbym zobaczyła jego zdjęcie by mi się nie spodobał. Spodobało mi się, że nie siedzi z piwem przed telewizorem, jaki to obraz mi sprzedała kiedyś polska szefowa w hotelu. Jeździ rowerem, ale tak profesjonalnie (w grupie). Gra w szachy (był mistrzem regionu).Jest silny- podniósł mnie jak lalkę. I uszanował to, że nie – nie chcę z nim pójść do łóżka.

Zawsze jakiś postęp w relacjach z facetami. 2 lata przerwy miałam. Czas przestać się blokować. Może będzie tylko fajny romans. Lepsze to niż nic. Czy może znowu się pomyliłam???

2 lata

Już dwa lata minęły jak jestem „na swoim”. Nigdy tego nie żałowałam. Co dziwne tym bardziej nie żałowałam kiedy nadeszła pandemia i różne zmiany z nią związane. Okazało się, że stali klienci nie rezygnują z moich usług mimo zagrożenia. Na wiosnę miałam lekkie obniżenie dochodów, ale nałożył się fakt, że czterech mi klientów mi ubyło (ale tylko jeden zrezygnował, dwóch się przeprowadziło, a z jednego sama zrezygnowałam) ale teraz kiedy premier Holandii wprowadził nowy lockdown nikt nie zadzwonił, aby coś odwołać. Prawie nikt- jedna klientka się przeprowadza do rodziców, bo kupiła nowy dom (będzie praca, ale za kilka miesięcy). Ja decyduję o grafiku, mam stałe godziny pracy, stałe domy, na ogół mi się tam nikt nie wtrąca do ścierek. Owszem to nie jest moja praca marzeń i kiedy kończyłam historię ze znajomością łaciny, hebrajskiego i gotyku oraz specjalnością archiwistyczną nie sądziłam, że będę myć kible. Jednak nie myślę, żeby to była praca na stała. Od stycznia będę kontynuować naukę holenderskiego. Może zmienię pracę na ciut lepszą? Chociaż powiem Wam, że po tym jak człowiek jest na swoim praca u kogoś nie smakuje już…

Dla porównania znajoma (ta co się rozstała z chłopakiem). Poznałam ją jak przyjechałam do Holandii, była kilka miesięcy wcześniej. Przyjechała zarobić, wrócić i skończyć studia. Zjechała zanim ja odeszłam z hotelu. Przez kilka miesięcy zbijała w Polsce bąki, pisząc pracę magisterską, a potem śpiąc do południa (że to niby pracy szuka). W końcu jak się kasa skończyła wróciła do Holandii. Teraz jest na łasce/niełasce hotelu. Urlopu nie dostanie normalnie. bo ciągle było „busy”. W Holandii nie jest zameldowana, więc traci róże przywileje i niedogodności. Nie ma holenderskiego konta bankowego i ciągle nie jest rozwiedziona z mężem..

Ja jestem singielką i wprawdzie wynajmuję tylko pokój, ale jak chcę pojechać na Święta do domu to mnie tylko pandemia ogranicza. Módlcie się więc, aby coś tam nie zamknęli w międzyczasie 😉

A propos facetów.. to właśnie u niej poznałam jednego takiego, na imprezie. Holender. Przystojny. Sympatyczny. Nieśmiały. Bardzo! Dowiedziałam się potem, że starannie mnie skomplementował, wypytał, ile, co i dlaczego. Ale może sobie za dużo wyobrażam? Na razie to tylko wrażenie. Może powinna sobie dać spokój i nie myśleć o tym? Plany są takie, że będzie następna impreza, zimowe barbecue. A potem on mnie odwiezie do domu, choć jeszcze o tym nie wie 😉 Tylko ja zapomniałam już jak się podrywa takich zwyczajnych, normalnych chłopaków na imprezach…

A tu mnie złapiecie na Facebooku

Dylematy

Dziś kolejna wizyta u dentysty. Piąta. Półtorej godziny mnie męczył, chociaż robił mi tylko dwa zęby. Zęby jednak były w stanie szczątkowym, więc je musiał odbudować. Tyłek mnie zaczął pod koniec swędzieć, ale najgorsze, że napiłam się przed wyjściem z domu kawy i zachciało mi się sikać. Obawiałam się, że w końcu zesiusiam się na fotelu. Z trudem dotarłam do domu i z ulgą poleciałam na tron. Musiałam odmówić klientkę, bo byłam zbyt wyczerpana, aby sprzątać.

Poza tym koleżanka do mnie napisała, że rozstaje się z chłopakiem i szuka pokoju i w związku z tym, czy nie chciałabym z nią wynająć mieszkania? Nie bardzo wiedziałam, co jej odpisać, choć wiedziałam, czego chcę i nie jest to mieszkanie z nią. Nic osobistego, po prostu jeśli mam się od dziadka wyprowadzać to albo na swoje albo przy powrocie do Polski. Dziadek jest wprawdzie nieco upierdliwy czasami, ma swoje przyzwyczajenia i nie do końca jestem zadowolona, ale może on też nie jest zachwycony, że ciągle siedzę w kuchni i gotuję? Jednak zasady są jasne: ja mu płacę czynsz, a z całej reszty rozliczamy się co do centa. Ja mam swoją półkę w lodówce.

Owszem chciałabym wrócić do domu i walnąć się ot tak na kanapie przed telewizorem w szlafroku. Wiecie jednak ja to jest z wspólnym mieszkaniem: imprezuje się fajnie, ale mieszka już nie. Nie mówiąc o tym, co najważniejsze: mieszkanie na wolnym rynku jest dużo droższe i oznacza wydatek ze 2 razy większy niż przy pokoju. Owszem można znaleźć tańsze mieszkania, ale to kawalerki. Nie będę z nikim mieszkać w jednym pokoju, nie jestem studentką. Postanowiłam oszczędzać, pouczyć się holenderskiego i albo znaleźć lepszą pracę, albo wracam do domu. Ile można sprzątać? Najgorsze długi spłacone, został mi jeden, który będę nadpłacać. Tu mnie nic nie wiąże, poza eurami. Fajny kraj, dobrze się mieszka, jeszcze lepiej zarabia, ale nie mam tu przyjaciół i rodziny. Nie poznałam faceta, który ewentualnie mnie by tu trzymał. Nie zanosi się zresztą, aby czekał gdzieś za rogiem. Z tym się pogodziłam, tak ma być. W takim razie po co tu siedzieć?

Postanowiłam więc, że na razie zostanę u dziadka, dopóki mnie nie wyrzuci, bo w razie czego poczeka trochę z czynszem i nie wyrzuci na ulicę. Chyba, żebym dostała mieszkanie socjalne, ale o to w Holandii ciężko. Kolejki są na 10 lat.

Napisałam, więc koleżance, że nie planuję na razie przeprowadzki. Czasy niepewne, a dziadek pewniejszy. Ona się pogodzi z chłopakiem, a ja zostanę z ręką w nocniku. Chociaż tego ostatniego jej nie napisałam….

Wielbicielka

Byłam dzisiaj u fryzjera. Odkąd mam krótkie włosy i nie farbuję się już sama to jedyny mężczyzna, którego odwiedzam regularnie. Zawsze coś tam zmieni, wytnie, dotnie i nigdy nie wyszłam niezadowolona. Dzisiaj nawet więcej, bo zapłaciłam mniej niż oczekiwałam. W dodatku powiedział, że wyglądam jak milion dolarów, a to zawsze coś. Wolałabym wprawdzie ten milion wygrać niż wyglądać, bo uroda przemija, a dolary zostają, ale widać nie można mieć wszystkiego 😉

Wychodzę i idę na przystanek autobusowy. Autobus podjeżdża, wsiadam. Napotyka mnie uważne spojrzenie ciemnych oczu w egzotycznej twarzy. Poczułam się trochę nieswojo, bo nie dalej jak przed chwilą zażartowałam u fryzjera, że szkoda, że nie jestem lesbijką, bo znam tyle fajnych kobitek, a facetów- niewielu. Fryzjer też jest fajny oczywiście, ale żonaty. Może faktycznie jest coś na rzeczy i powinnam przemyśleć swoją orientację?

Podjeżdżamy pod taki duży przystanek przesiadkowy i pani wysiada. Mija mnie i wyraźnie się uśmiecha. Patrzę co trzyma w ręku, a to była walizka. Wtedy ją poznałam. To była żona klienta, tylko w tych maseczkach na twarzy nikogo nie można rozpoznać.

I tak straciłam potencjalną wielbicielkę 😉

Ja na FB

Wyprzedaże

Byla u mnie koleżanka w sobotę na winku. Miała wpaść na 2 godzinki, ale została na kolacji, po kolacji i jeszcze musiałam ją na autobus odprowadzić, aby się tam gdzieś nie zgubiła, bo trochę tego wina wyszło. Ale to wszystko wina dziadka, bo powiedział, że mamy wypić to co zostało w lodówce po jakiejś jego znajomej. Dziadek twardo tylko piwo.

Koleżanka dała mi cynk na outlet Esprita. Bluzki po 5 euro i takie tam. Oczy mi się zaświeciły jak pięć złotych. Jakby mi bluzek brakowało… Kobietą jednak jestem chyba. Pojechałam w niedzielę. 50 minut w jedną stronę, ale za to bez przesiadki.

Wybór faktycznie duży, większość to rzeczy letnie, ale były i spodnie i kurteczki i bluzeczki. Nabyłam więc i bluzeczkę i sweterek i kurteczkę. I dżinsy też. Wszystko na oko, bo tam nie ma przymierzalni. Najfajniejszy był Murzyn pilnujący wejścia, na oko mógłby być moim synem, niestety nie na sprzedaż. Nie dla psa kiełbasa, więc skierowałam się w stronę kiecek. Oderwałam się od letnich kreacji do ziemi i wyszłam z rachunkiem na 112 euro. Pocieszam się, że kurteczkę i tak musiałam nabyć, bo mokłam na rowerze, a spodnie się też przydadzą

Co zrobić na coś trzeba tę ciężko zarobioną kasę wydać…

PS zapraszam na moją stronę na FB, czasami będą się pojawiać inne rzeczy poza wpisami z bloga: https://www.facebook.com/czterdziestkaa/

Dentysta

Byłam w tym tygodniu u dentysty. W sumie licząc czwarty raz ostatnio. Pierwsza wizyta trwała 5 minut, spóźniłam się jednak 5 minut. bo Asystentka umówiła mnie na kontrolę, która zazwyczaj trwa 10 minut, a ja chciałam ustalić plan działania. Dentysta zdążył mi zajrzeć w paszczę, wysłać na zdjęcie i do higienistki. U higienistki, na wizycie numer dwa bolało i to bardzo. łzy mi leciały ciurkiem, bo kamień nazębny miałam sprzed wojny.. Chyba pierwszy raz byłam na takim czyszczeniu. Nigdy wcześniej na żadnej wizycie dentysta mi o tym nie wspomniał. Sama też jakoś się do tego nie paliłam. Teraz już wiem, że trzeba chodzić co pół roku… Ponoć wtedy nie boli. Mam nadzieję, bo byłam bliska ucieczki.

Na wizycie numer trzy miły pan obejrzał moje zęby, zrobił mi więcej zdjęć i powiedział, że tylko trzy (w tym jedną ósemkę) trzeba będzie wyrwać, resztę da się naprawić, od razu też umówił mnie na wizyty, wszystkie jeszcze w październiku i mailem wysłał zestawienie kosztów.

I tu zabolało drugi raz. Koszt leczenia 992 euro. Ja wiem oczywiście, ze w Polsce byłoby połowę taniej, ale jakoś przez ostatnie 4 lata nie udało mi się odwiedzić w Polsce dentysty ani razu. Ciągle sobie mówiłam, że pójdę następnym razem. I tak odwlekałam i odwlekałam. Na szczęście tu mam ubezpieczenie, bo byłoby więcej. Reszta pójdzie ze zwrotu za ubezpieczenie zdrowotne, które tutaj opłaca się samemu, coś jak w Polsce ubezpieczenie samochodu. Wyjdzie akurat na zero. W przyszłym roku zrobię sobie mostek i to akurat może w Polsce. Najważniejsze, że zaczęłam porządki.

Szkoda tylko, że z zębami idzie jednak łatwiej niż z życiem.

Ps: Utworzyłam sobie stronę na FB: https://www.facebook.com/czterdziestkaa/

Piąteczek

Disziaj nie był zdecydowanie mój dzień. A na pewno poranek. Zaczęło się niewinnie: stanęłam na wadze. Ot 3 kilo więcej prawie. Ot po urlopie. Trudno. Zjadłam następnie pożywne i zdrowie śniadanko,, nie poddając się wadze. A potem nie mogłam znaleźć kluczyka od rowera. Kluczyk jest w sztuce jeden i nie da się dwukołowcem pojechać nie wsadzając w stosowną dziurkę. Po 15 minutach znalazł się sprytnie ukryty pod stertą jakichś innych gadżetów. Obiecując sobie, że teraz to na pewno posprzątam pojechałam w siną dal. Znaczy do klienta. Pod jego domem zorientowałam się, że nie mam kluczy od domu. Wracam. Nie ma. Zapewne zatrzasnęłam w komórce w środku, ale boję się trochę dziadka budzić. On siedzi tak do 3 w nocy i rano śpi smacznie snem kamiennym. Wracam i piszę, żeby poszukał. Po drodze ptak na mnie centralnie zwrócił swoje śniadanko. Wycierałam się kląc się i ptaka w żywe kamienie. Złośliwa bestia celowo na mnie nakierowała i żygnęła. Mogło być gorzej, bo mogła srajnąć. Za jakie grzechy? Kiedy ja prawie dziewica jestem. Ubiłabym bydlę na miejscu, alle uciekło. Ja rozumiem, że mu śniadanko nie smakowało, ale nie mógł tak obok?

Klucze się na szczęście znalazły: zostawiłam w drzwiach komórki szeroko i radośnie otwartych.

Udało mi się nic nie zepsuć więcej…