Jedna pani drugiej pani

Odezwała się do mnie koleżanka, z którą pracowałam w pierwszym hotelu tutaj w Holandii. Obrotna dziewczyna, ma kilka firm, jakieś mieszkanie/mieszkania na wynajem, a sama z chłopakiem zjechała do Polski.

Pyta się, czy znam XY. No znam, nawet dobrze, bo spotykamy się regularnie, choć ostatni rok jakoś rzadziej i to całkowicie nie z mojej winy. Pyta się, czy ją zwolnili z hotelu, mówię, że nie. Z tego co wiem, po ciąży i macierzyńskim nie chciała wracać i otworzyła swoją firmę sprzątającą, taką jak moja. Tyle, że system pracy miała inny, bo sprzątała z eks-mężem, który po drugim dziecku się na nią wypiął i wyprowadził. Alimentów nie płaci, pieluchy jej łaskawie kupił…

No i moja znajoma mówi, że są na tą drugą skargi. Źle sprząta, wychodzi za wcześnie i ona jest niezadowolona ze współpracy. Chciała jej dać ileś tam godzin w tygodniu, ale chyba rozwiąże umowę, bo się nie sprawdziła.

Zrobiło mi się głupio, choć przecież jej akurat tam nie polecałam. Sprzątała u dziadka i oddałam jej kilku swoich klientów, całkiem gratis, jakoś nie doszło do rozliczenia. Nie słyszałam jakiś skarg, choć, po efektach sprzątania u dziadka stwierdziłam, że ja to robię lepiej, ale zostawiłam to dla siebie. Może zrobiłam błąd? Ja rozumiem, że przechodzi ciężkie chwile w życiu, ale nikogo to nie obchodzi w pracy… Warto też zawsze pracować dobrze, bo nigdy nie wiadomo do kogo to dojdzie.

Trochę się dziwę, bo ona przecież wiedziała, że się znamy…

Nowa praca

Zaczęłam nową pracę 11 listopada. Trochę dziwnie się czuję wiedząc, że to Artur mi ją „załatwił”. Mąż jego znajomej szukał kogoś do swojego sklepu online. Byłam na 2 rozmowach i zostałam przyjęta. Dostałam już nawet pierwszą wypłatę, ale do tej pory nie doczekałam się swojego egzemplarza umowy o pracę. Pani, która się tym zajmuje przychodzi raz na tydzień. Gość ma kilka spółek i dużo spraw na głowie… jutro powinna też przyjść, więc się w końcu upomnę. Normalnie przecież najpierw podpisujesz umowę, a potem zaczynasz pracę. A co jak mi się coś odwidzi i powiem, że nie podpiszę? Kasę za 3 tygodnie grudnia już dostałam, będą mnie potem ścigać sądownie??

Praca ok, polega na pakowaniu i wysyłce towarów ze sklepu internetowego dla zwierząt. Sama praca spoko, bo blisko. Mogę dojeżdżać rowerem albo autobusem jak jest brzydka pogoda. Natomiast nie widzę się w niej na stałe, bo część tego towaru to duże, 12 i 20 kg worki z karmą dla psów i kotów. A jeszcze zdarza się, że ktoś zamawia np 2x 12 kg. Po drugie tam już pracuje dwoje ludzi, litewskie małżeństwo i poza poniedziałkami, kiedy to spływają zamówienia z weekendu, nie ma aż tyle pracy dla trzech osób. No ale szef widać ma jakieś swoje rozrachunki. Ja dostałam ( a właściwie nie dostałam) umowę na pół roku i jeśli w międzyczasie trafi się coś innego to nie zamierzam dźwigać tych worów dłużej.

Zastanawiam się dlaczego właściwie nie zatrudnili jakiegoś faceta?

Wracam

Zawsze lubiłam pisać. Dlaczego tego zaniechałam? Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Za to wiele do opowiedzenia. Do napisania. Dużo się zmieniło i jednocześnie nic się nie zmieniło. Głównie ja pozostałam taka sama. Zmieniają się okoliczności, czas, miejsce, ale ja ciągle popełniam te same błędy. Ale zamierzam to zmienić. Zamierzam popełniać całkiem nowe błędy. Pomożecie?

Wieści różnej treści

Zastanawiam się o czym pisałam na trzydziestce prawie codziennie. Niestety blog przepadł, nie umiałam go reaktywować z pliku, który dostałam po zamknięciu usługi blogów na gazeta.pl. Jakoś tak miałam pomysły na częstsze wpisy.

Dzisiaj idziemy na urodziny do jakiejś jego znajomej, wynajęła foodtrucka blisko stadionu w Amsterdamie. Przedtem dostaliśmy mailem zapytanie, co będziemy jeść. To takie typowo holenderskie, może komuś się wydać śmieszne, ale z drugiej strony narobisz kotletów schabowych i szarlotki, a potem połowowa do wyrzucenia. Chyba lepiej wiedzieć wcześniej co goście lubią. Ze względu na mnie wybraliśmy menu wegetariańskie. Czy jakiś inny facet byłby się w stanie tak poświęcić?

Będzie na pewno wspólne oglądanie meczu, bo dzisiaj Holandia gra z Turcją. Zastanawiam się, czy nie będzie jakiś zamieszek, bo tu sporo Turków mieszka. Wczoraj oglądałam mecz Hiszpanii z Niemcami i pierwszą połówkę meczu Portugalia – Francja. Potem odpadłam, jednak zmęczenie daje znać o sobie. Z wiekiem czuję, że tracę siły, kiedyś mogłam siedzieć do trzeciej w nocy i nic mi nie było, a teraz?

Szukanie pracy idzie opornie, bo jak zawężę wyszukiwania do trzech kryteriów: że ma być do 10 km, jedna zmiana najlepiej od 8 oraz od poniedziałku do piątku to nie zostaje wiele ofert. Czuję, że to długo potrwa jednak, dłużej niż myślałam wcześniej…

4 dniowy tydzień pracy

Postanowiłam, że jednak się nie zwalniam ani w poniedziałek ani w piątek. Zamiast tego przeszłam na 4-dniowy tydzień pracy, co oznacza mniej pracy, ale też i mniej pracy. Stwierdziłam, że utnę wydatki i dam radę, ale zyskam: więcej odpoczynku, czas na szukanie nowej pracy, naukę i czytanie. Jeśliby jednak kasy było przymało to zawsze mogę sobie znaleźć ekstra sprzątanie, aby dorobić.

To jest popularne rozwiązanie w Holandii i wiele kobiet pracuje tylko dwa albo trzy dni w tygodniu, na ogół dlatego, że mają rodziny i dzieci i chcą jakoś to pogodzić. Firma jest zadowolona, bo ktoś przychodzi, one zadowolone, bo nie siedzą cały czas w domu, mają swój dochód, a dzieci są zaopiekowane. Nie zawsze też w firmie jest potrzeba kogoś na cały etat, czasami np. tylko na rano, na kilka godzin albo tylko na weekendy. Pod tym względem holenderski rynek pracy jest bardziej elastyczny od polskiego.

Pracuje tak nawet siostra Artura, mimo że jest samotną singielką z kotem. Kasa jest na tyle wystarczająca, że daje radę się sama utrzymać, a nawet chce zamienić swoje mieszkanie na inne. Gdyby moje relacje z Arturem byłyby inne mi też by to pewnie wystarczało, a tak brak paru stówek w portfelu będzie jednak odczuwalny. Mam nadzieję, że to przejściowa sytuacja.

Rozważałam ostatnio powrót do housekeepingu, ale nie po to aby tam utknąć, ale aby odbić się w kierunku np supervisora i dalej do biura. Jednak nie uśmiecha mi się powrót do sprzątania, w tym roku kończę 49 lat, ja bym chciała jednak mniej fizycznie wymagającą pracę…

Wakacje w Zakopanem

Wróciłam właśnie z wakacji w Polsce z dwiema koleżankami – jedną z czasów studiów, a drugą jej znajomą z pracy. Byłam zadowolona z wypadu, chociaż zdziwiło mnie, jak udało mi się dostać na Czarny Staw przez wodospad Siklawica. Mimo to byłam dumna z siebie i już rozważam kolejną wyprawę, chociaż kwatera była nieco zaniedbana, dlatego szukam polecenia na przyszłość.

Tylko pomysł, aby przy okazji pozwiedzać Kraków nie wypalił do końca. Wymyśliłam sobie, że przylecę, spędzę noc w Krakowie, coś zobaczę, wrócę, znowu noc i znowu coś zobaczę. W jedną stronę to nawet zadziałało, byłam połazić i w takim fajnym muzeum pod Sukiennicami. W drugą stronę byłam już tak zmęczona, że ledwo dotarłam do hotelu i zakopałam się do łóżka, a następnego dnia połaziłam trochę po Galerii Krakowskiej, wydałam trochę kasy i pojechałam wcześniej na lotnisko. Lepiej spędzić 3 dni w Krakowie, a potem jechać w góry.

Najważniejsze, że mogłam przewietrzyć głowę i w ogóle nie myśleć o pracy. Byłam zmęczona, ale to był zupełnie inny rodzaj zmęczenia. I nagle mnie olśniło: zwalniam się. Po kiego grzyba ja się tam męczę z tymi dojazdami, a oni widzą tylko moje błędy? Znajdę coś blisko, a potem jak mi się nie spodoba to zmienię na coś innego, to nie ślub.

Zawsze się można przecież rozwieść.

Rozmowa dyscyplinująca

Ani się obejrzałam jak minęło pół roku przeprowadzki do Artura. Nie jest idealnie, ale jakoś się dogadujemy, choć mam wrażenie, że traktuje mnie bardziej jak współlokatorkę, niż kobietę swego życia, ale on dla mnie też nie jest ideałem. W codziennym życiu nieco upierdliwy, lubi też rządzić i stawiać na swoim, ale generalnie mogę na niego liczyć. Ostatnio zaczął przebąkiwać o kupnie nowej szafy do sypialni, co oznacza, że nie planuje mnie jakoś na dniach wyrzucać. Nie mam specjalnie alternatywy, bo sytuacja mieszkaniowa w Holandii zmienia się tylko na gorsze…

W pracy niestety mocne tak sobie, bo jak się wstaje o 4.30, aby dojechać na 7 to nie jest się świeżym i wypoczętym jak skowronek, ale myślałam, że daję radę i jakoś się przemęczę. Innego zdania są najwidoczniej moi przełożeni, bo miałam w piątek rozmowę, na której wytknięto mi błędy, oczywiście pod płaszczykiem troski o mnie i z fałszywym pytaniem „czy coś się dzieje” i „czy mogą mi jakoś pomóc”. Musiałam przyznać, że jestem zmęczona, ale w sumie nie czuję się jakbym jakieś duże zbrodnie popełniła. Na kogoś jednak winę trzeba zwalić, choć w naszej pracy trudno do końca stwierdzić, która co robiła, czy pakowała i która jakiś konkretny błąd zrobiła.

Zasugerowano mi 4 dniowy tydzień pracy albo szukanie nowej, ale tak naprawdę nie mogą mi nic zrobić, ani nic nakazać. Zwolnienie pracownika ze stałą umową nie jest takie proste i w naszej firmie zdarzyło się właściwie tylko raz, po wielkiej awanturze, kiedy sprawa się otarła o dyrektora zakładu. Laska robiła masowo błędy, w dodatku okazując duże lekceważenie, bo była znajomą szefowej i mogła sobie na to pozwolić.

O zmianie pracy i tak myślałam, ale w Holandii jest tak samo jak w Polsce: jak się szuka czegoś fajnego, za rozsądne pieniądze, z umową bezpośrednią, a nie agencyjną i jeszcze w ciągu tygodnia, a nie na zmiany, nocki i w weekendy to już nie jest takie proste. Może jednak Artur ma rację, że najważniejsze, aby praca była blisko, a potem można szukać dalej, jeśli się nie spodoba.

Nie chciałam wracać do hotelu, w każdym razie nie do sprzątania, ale wysłałam w sobotę CV na stanowisko front office medewerker czyli recepcjonista i dostałam nawet pozytywny odzew. Jeśli uda się dogadać, abym nie musiała pracować w nocy to ostatecznie przez jakiś czas mogę się przemęczyć i pracować w weekendy i popołudniami, a po 6 miesiącach można się przenieść na podobne stanowisko, ale już od poniedziałku do piątku w jakimś biurowcu np.

W każdym razie doszłam do wniosku, że czas coś zmienić, bo łatwiej jednak znaleźć tu nową pracę, niż nowe mieszkanie, a w dodatku teraz wydatki dzielimy na dwa i jest jakoś lżej.

Luksus

Byłam dzisiaj w Amsterdamie na wystawie malarza z Haarlem1, Fransa Halsa. Wystawa jest do czerwca w Rijksmuseum i jak ktoś będzie to serdecznie polecam i samo muzeum i wystawę też. Po wystawie pojechałam do de Bijenkorf, takiego luksusowego domu towarowego, z zamiarem kupienia jakiś mazideł, ale laski na stanowisku Chanel olały mnie i wyszłam. Za kasę, której nie wydałam kupiłam sobie nowe szczoteczki do zębów i nową szminkę Loreala. Chyba nie nadaję się do luksusów. Mijałam po drodze ekskluzywne sklepy Diora, Louis Vitton i Tifanny i zastanawiałam się jak można stać w kolejce do Gucci np. Może i bym zaszalała, gdybym miała za co, ale tak długo kupowałam wszystko online, że nie umiem się odnaleźć przy zwykłych zakupach i uciekam.

Potem w ramach lunchu zjadłam w okolicy Placu Dam wegetarianską lazanię w knajpie 2nieopodal i nie polecam, bo kasę robią chyba tylko dzięki położeniu. Obsługa jakaś zmęczona, popędzali klientów, którzy już zjedli, stoliki tak ciasno ułożone, że prawie zaglądałam do talerza angielskiej parze obok. Nie dałam napiwku.

Potem właściwie chciałam od razu wrócić do domu, ale Artura miał odwiedzić jakiś przyjaciel audiofil i mieli razem słuchać muzyki. Nie bardzo miałam ochotę ukrywać się w sypialni, a słuchanie z nimi też mnie nie bardzo pasjonowało. Ja tam generalnie jestem osobą bardzo lubiącą muzykę, ale tak naprawdę wystarcza mi youtube. Mówię to w sensie, że jak jakość nagrania jest OK to mi to wystarcza i nie słyszę tych różnic, których oni słyszą. Dla mnie adapter za 50 euro i 5000 euro nie ma dużej różnicy. Może gdybym zaczęła się w to wsłuchiwać to byłoby inaczej, ale tak nie jest i dlatego nie chciałam im psuć zabawy swoim uchem.

Na koniec szminka nie spełniła moich oczekiwań. Jakaś taka sucha i nie wiem, czy to wina samej szminki, czy tego, że była już po prostu zleżała. Macie jakieś fajne szminki, nawilżające, ale trwałe, w wielu kolorach do wyboru? Ponoć Chanel ma taką, w odcieniu starego różu, ale no nie dane mi było wypróbować. Wszelkie maty wykluczone, ale nie przepadam też za szminkami w rodzaju winylowego Maybellina. Ma być z umiarem.

  1. Zbieżność nazwy miasta Haarlem w Holandii i Harlemu w Stanach Zjednoczonych jest nieprzypadkowa. Czy wiedzieliście, że pierwotnie Nowy Jork nazywał się Nieuwe Amsterdam? ↩︎
  2. Pizzeria Steakhouse Amsterdam ↩︎

Nowy Rok

Wszystkiego najlepszego w nowym roku. Jakoś nie miałam czasu napisać przed świętami, dopiero teraz znalazłam chwilkę i siadam.

U mnie wszystko dobrze, choć dojazdy mnie wykańczają. Półtorej godziny w jedną stronę, a teraz z powodu remontów powrót zajmuje mi około 2 godziny. To zbyt wiele i nie mam za dużo sił na coś więcej poza kolacją i umyciem zębów. Do holenderskiego muszę się mobilizować, a do ćwiczeń zmuszać. Noga mnie znowu boli i musiałabym pójść do fizjo, ale mój jest tam i całkiem mi teraz nie po drodze. W każdym razie rozglądam się za nową pracą, co wcale nie jest łatwe. Teoretycznie w Holandii jest obecnie bardzo małe bezrobocie i pracę można znaleźć od ręki, ale w praktyce to nie wygląda tak różowo. Po pierwsze byle jaką pracę to można rzeczywiście od ręki znaleźć, a nie o to mi chodzi. Po drugie ja mam swoje wymagania. Chciałabym znaleźć coś z umową bezpośrednią, a nie przez agencję, od poniedziałku do piątku, jedna zmiana, najlepiej 40 godzin w tygodniu. No i musi być też w miarę interesująca. Żadne sprzątanie już nie wchodzi w grę, nie mam już takich sił. Przeglądam i przeglądam te oferty, ale na jedne stanowiska mam za małe kwalifikacje, przede wszystkim językowe, a drugie mnie z kolei nie interesują.

Postanowiłam więc w tym roku przystąpić do egzaminu z języka holenderskiego na poziomie B2. To już jest podstawa do szukania czegoś lepszego. Tylko jak tu wykrzesać siły do nauki? Staram się chociaż 15 minut dziennie poświęcić, ale to nie jest łatwe.

Na razie postanowiłam wykorzystać fakt długich dojazdów do pracy i zabieram ze sobą książki do czytania: albo papierowe albo tablet na którym mam aplikację legimi. W ten sposób przeczytałam już trzy książki i jestem w trakcie czytania czwartej. Podjęłam się wyzwania 52 książek w roku, mam nadzieję, że mi się to uda.

Poza tym nic specjalnie nie postanawiam, ani chudnąć, ani uczyć się angielskiego, czy innych rzeczy, bo i tak nigdy z tego nic nie wychodziło…

Black Friday

Jest siódma rano, mam wolne, a ja zamiast spać do jedenastej to siedzę z kawą i laptopem. Kręciłam się w łóżku już zresztą przed szóstą. Gdzie te czasy, kiedy to mogłam bezkarnie wylegiwać się w łóżku do jedenastej? Zazwyczaj do pracy wstaję 4.30, więc teraz nawet w wolne dni dłużej niż do 6 nie poleżę. Starość, nie radość…

Kawę piję z jego kubka, bo moje są spakowane i leżą gdzieś bidule u mamusi w garażu. Razem z moimi garnkami, mikserami i blaszkami do pieczenia. Mamusia nie ma samochodu, za to ma pojemny garaż. Wyciągnęłam Arturowi z szafki ekspres, który kiedyś dostał od Mamusi w prezencie, a którego nie używał. Mój włoski ekspresik taki na 2 filiżanki lezy gdzieś w torbie w piwnicy. Sytuacja unormowała się o tyle, że wróciłam do sypialni, bo on się przyzwyczaił, ale wstaję po ciemku i chodzę na paluszkach. Kupił mi też w Xenos bardzo ładną szafkę do kuchni, gdzie mogłam wstawić część moich zapasów. Lubię ten sklep, mają fajne rzeczy, a należy do moich ulubionych, od kiedy odkryłam, że można tam kupić ręcznie robione świece, prosto made in Poland :D.

Moje plany na dzisiaj są: pojechać do centrum Zaandam na zakupy. Całkiem przypadkiem wzięłam wolne akurat w Black Friday. Mam nadzieję nie zbankrutować, choć wczoraj odebrałam pensję, całkiem przyjemnie wyższą od 1 listopada. Nie, nie dostałam podwyżki. Moja firma płaci kilometrówkę, która teraz mi się dużo zwiększyła, bo kilometrów mi przybyło. Za bilet miesięczny płacę 160 euro, a dostaję około 279. Nadwyżka poszła na jedwabną sukienkę z Lilysilk. Zwykła cena zwala z nóg, ale na promocji już była całkiem przyjemna. Muszę Wam powiedzieć, że ostatnio doszłam do takiego etapu w życiu, że patrzę na składy i miejsce produkcji. Nie kupuję poliestru, wolę zaoszczędzić i kupić jeden sweterek czy jedwabną kieckę. Niekoniecznie nową, bo latem nabyłam piękną jedwabną sukienkę, z drugiej ręki, za 60 złotych. Znaleziono na Instagramie.

Muszę też odebrać kaszmirowy sweterek w C&A, rozejrzeć się po mieście, wypić kawę w Hema, kupić miskę w Blokker, bo poprzednią musiałam wyrzucić przy przeprowadzce, a nie mam w czym nóg moczyć podczas pedicuru, prania robić, nie mówiąc o sałatce jarzynowej 😉

Wieczorem będzie leczo z tofu. I chociaż jakoś się tu zaadaptowałam marzę jednak o dniu, w którym będę mogła ugotować to co chcę, w mojej własnej kuchni, nabrudzić tam i nie posprzątać!

PS cały artykuł nie jest sponsorowany, ale jak któraś z wymienych firm zechce mi zapłacić, to nie mam nic przeciwko 😉