Miałam pisać, nie pisałam i nic nie mam na swoje usprawiedliwienie. Odkąd zrezygnowałam z grupowego kursu holenderskiego wydawało mi się, że będę mieć więcej czasu, ale oczywiście leń we mnie zamieszkał i nie chce opuścić. W skrócie: od stycznia mam stałą umowę, z Arturem ciągle się spotykam, byliśmy razem w Paryżu gdzie omal go nie rzuciłam, w pracy OK, holenderskiego uczę się prywatnie, zapisałam się na kurs z excela i angielskiego w ramach programu Santander Banku i ciągle mieszkam u dziadka.
Mieszkam, bo tak mi wygodnie, cena jest na moje możliwości, lokalizacka dogodna i przyzwyczaiłam się. Tak tu minęło cztery lata, choć dziadek mnie też denerwuje, tak jak Artur czasami. Oczywiście część sytuacji to moja wina, bo nie umiałam postawić granic i być asertywną. Od jakiegoś czasu nastawiam się na wyprowadzkę, ale znalezienie mieszkania w Holandii nie jest proste. Muszę się jednak przyznać, że nie szukałam jakoś specjalnie intensywnie.
W środę znalazłam ogłoszenie o małym mieszkaniu, 35 metrów w dawnym biurowcu. Ono pojawiło się już jakiś czas temu, ale wtedy poprzestałam na rejestracji w agencji nieruchomości. Tym razem postanowiłam pójść dalej wysyłając dokumenty. Jeśli nie to konkretne mieszkanie to może mają jakieś inne, trafię na listę, zawsze to jakaś szansa.
Ponieważ mieszkań w Holandii jest znacznie mniej niż chętnych agencje stawiają warunki. Określone zarobki, na ogół w wysokości dwu albo trzykrotności czynszu, brak zwierząt, najlepiej stała umowa o pracę. Lista dokumentów obejmuje kwitki z wypłaty za ostatnie trzy miesiące, wyciągi bankowe, zaświadczenie z gminy o zameldowaniu, ostatni jarropgave (taki rodzaj PITu) od pracodawcy, deklaracja podatkowa za zeszły rok, zaświadczenie z pracy oraz od aktualnie wynajmującego. O ile większość dokumentów udało się załatwić, mój HR wysłał mi zaświadczenie po godzinach pracy, kwitki i wyciągi sobie sama ściągnęłam, a najdłużej czekam na zaświadczenie z gminy, bo musiałam zapłacić 5 euro i wyślą mi to pocztą. Największy problem zrobił dziadek.
Wysłałam mu formularz mailem prosząc o wypełnienie, ale nie zagłębiałam się w temat, po prostu potrzebuję. Na drugi dzień wieczorem wparował mi do pokoju z tym formularzem w ręku, bardzo podekscytowany zz pytaniem na co mi to, czy to obowiązkowe z rządu i w ogóle żadna firma nie prawa żądać czegoś takiego. Tak byłam zaskoczona, że nie wiedziałam co powiedzieć. On, że musi to rozważyć… Pytania w sumie nie były jakieś podejrzane i dotyczyły tego, czy płacę czynsz na czas, czy miałam jakieś zaległości i czy narobiłam jakiś zniszczeń. To dosyć standardowy formularz przy szukaniu mieszkania.
No i zrobił się kłopot, chociaż dzień wcześniej dziadek mnie zapewniał, że jest bardzo zadowolony z mojego mieszkania tutaj. Ja wiem, że był pewnie zaskoczony, ale w koncu chyba logiczne, że bedę się chciała kiedyś wyprowadzić…
Rano zastałam umoralniający liścik od dziadka z pytaniem jaka firma żąda takiego zaświadczenia i że to scam i że mam „użyć swojgo mózgu”. Krde zrobiło się toksycznie i niekomfortowo… Ja wiem, że nie jestem typową lokatorką, dziadek mi dużo pomógł, pożyczył mi nawet kasę jak mi się zepsuł rower, ale w końcu ja tylko wynajmuję od niego pokój. Może i czasami popełniałm błędy, ale mam już 47 lat i umiem używać mózgu…Jakby co to będą moje własne błędy…
Koniec końców napisałam do niego list, w któym wyjaśniłam, że chodzi o agencję nieruchomości, podałam adres, wyjaśniłam że muszę myśleć o przyszłości i poszukać samodzielnego mieszkania, choć jestem świadoma faktu, że może to nie zdarzyć się szybko.
Dziadek ugiął się i formularz podpisał, ale nie omieszkał dodać swoich trzech groszy. Znowu mi zostawił notkę, w której mnie pouczał o tutejszym rynku mieszkaniowym, podawał ceny wynajmu i ostrzegał przed płaceniem racuhunków za wodę i prąd.
W sumie mobilizował mnie, aby wyprowadzić się jak najszybciej….