Samotny wieczór

Spędzam cudowną samotną i deszczową środę, bo Artur jest na kolacji u mamusi. Jak zwykle zresztą w środę. Mnie nie zaproszono, więc musiałam się pocieszyć gotowymi tortelinni z keczupem. Do naszych pierogów jednak dużo im brakuje, ale przynajmniej nie jestem głodna. Nie wiem, czy mogę włączyć telewizję, bo na kuchence zastałam kartkę, że mam uważać z gazem.

Nie jest tak żle, ale tak bardzo czuć, że nie jestem tu u siebie… Kupiłam sobie w markecie po drodze wino dla samotnych (250 ml), choć jest środek tygodnia, ale tak całkiem na trzeżwo nie da siętego znieść.

Na pocieszenie idę do kina w piątek na Sounds of Freedom. Sama. Chciałam na ostatni film Martina Scorseze, ale wystraszyłam się jego dlugości, bo mogłabym usnąć w trakcie.

Pocieszam się, że gorzej już być nie może…

Witam

Witam po przerwie spowodowanej brakiem internetu w domu. Nowa właścicielka wypowiedziała umowę i zostałam tylko z tym co miałam w komórce.

Z newsów:

  • nie znalazłam mieszkania
  • wprowadziłam się do Artura, co powoduje spięcia, bo on jest perfekscjonistą doszukującym się każdej kropki na podłodze
  • musiałam się przenieść na kanapę w salonie, bo on wstaje później ode mnie i nie mógł się wyspać
  • za to kupił mi szafkę do łazienki i taką materiałową szafę na ubrania z Jysku.
  • nie dostałam ani półki w lodówce, ani kawałka szafki w związku z tym moje jedzenie nadal jest piwnicy, razem z płaszczami, większością butów i innymi pierdoletami
  • dojazd do pracy zajmuje mi teraz półtorej godziny w jedną stronę, a nie pół jak poprzednio
  • postanowiłam zmienić pracę, o czym i tak myślałam już wcześniej
  • postanowiłam, że jednak nadal będę szukać własnego mieszkania.

Wątpię, aby nasza relacja wypaliła tak na dłuższą metę przy współnym mieszkaniu. Za dużo nas dzieli i jednak ja mieszkam u niego, a nie, że mieszkamy razem. To się nie może udać…

Straty nie tylko moralne

Po śmierci dziadka poniosłam nie tylko straty moralne, bo zmarł mi ktoś bliski, ale całkiem realne straty materialne. Na pierwszy rzut ognia poszły już pierwszego dnia banany, które zeżarli żałobnicy pomagający sprzątać jego sypialnię. O dziwo pominęli ten jeden niezbyt swieży banan należący do niego. Schowałam do swojego pokoju cooler (nie wiem jak to coś się po polsku nazywa, taki przenośny ochładzacz powietrza) i garnki, w tym szybkowar. Potem Jacqueline wyrzuciła matę, która spełniała rolę ociekacza do naczyń. W mieszkaniu jest bowiem zmywarka, a nie było tego czegoś na czym stawia się naczynia, a ja czasami potrzebowałam coś na szybko umyć i zostawić do odcieknięcia. Najwyraźniej córce nie przyszło do głowy, że nie wszystko w mieszkaniu należy do ojca. Potem już przy sprzątaniu kuchni zapytała się co jest moje. Zanim to zrobiła straciłam trzy deski do krojenia, na szczęścia miałam zapasowe. Nie zdążyłam zabezpieczyć całkiej nowej pompki do roweru, użytej ze dwa razy, a stojącej w piwnicy. Pomkę kupiłam na wiosnę w promocji, bo dziadek swoje miał rozpadające się. Nie wiem czemu osoby sprzątające komórkę uznały, że akurat ta nowa pompka należała do niego, a nie te zabrały tych dwóch starych. Zginęła też miska z łazienki, którą kupiłam do moczenia nóg.

Poza tym wyrzuciła oba mydła (z toalety i kuchni) i musiałam kupić własne oraz talerze, choć zostawiła ozdobne sztućce. Może ma je zamiar zabrać. Musiałam zamówić własne talerze, bo dysponowałam tylko małymi śniadaniowymi talerzykami.

Częściowo straty pokrywają się przez garnki, które mi się po dziadku skapnęły oraz telewizor z pokoju, który był całkiem nowy, kosztował z 600 euro oraz kilka drobiagów szklanych, które zagarnęłam dla znajomych. Reszty nie jestem w stanie wziąć, choć serce mi się kraje, że ona chce porcelanę wyrzucać. Mówiła mi, że nie chce się bawić w sprzedaż, co na rozumiem. Oddałabym na jej miejscu na dobroczynność… W salonie stoi zabytkowa, francuska szafa z XVIII wieku i aż serce się kraje, że pójdzie na opał.

Na przyszłość dostałam nauczkę, aby wszystko podpisywać swoim imieniem i na wszystko mieć faktury… Poza tym słuszne było to, że od jakiegoś czasu kupowałam własne sprzęty kuchenne, w tym kubki, szklank, kieliszki i inne takie. Dziadek zawsz mówił, że niepotrzebnie kupuję, bo tu wszystko jest, a tak przynajmniej nie zostałam bez szklanek, miksera i tostera.

Termin

W piątek spotkałam się z córką. Dostałam od niej termin wyprowadzki: 31 pażdziernika. W zamian podpisała mi verhuursdeklaring czyli oświadczenie najemcy, że płaciłam na czas itp Przy wynajmie prywatnym może to być duży atut.

Przynajmniej wiem na czym stoję. Mam trochę czasu, choć wcale mi to nie poprawia humoru. Praktycznie nie ma ofert dla mnie w promieniu kilkunastu kilometrów. Jestem zapisana od czterech lat na mieszkanie socjalne, ale szanse na to są praktycznie zerowe. Średni czas oczekiwania w Holandii na takie mieszkanie: 10 lat. Najkrótszy tam, gdzie pracy mniej i odległości dużo większe. Ja mieszkam blisko Amsterdamu, więc jest wyjątkowo trudno.

Jest coś takiego jak urgentieverklaring, czyli jakby zaświadczenie, że w tej kolejce po mieszkanie socjalne zostaniesz obslużona w pierwszej kolejności. Niestety w mojej gminie, ani to, że jesteś matką z dziećmi, ani to że jesteś bezdomny, czy twoje mieszkanie sypie ci się na głowę nie daje podstaw do mieszkania socjalnego szybciej. Jedyną podstawą mogą być problemy zdrowotne, czy psychiczne. Artur naciska, aby złożyła wniosek, ale szanse są naprawdę znikome. Mogę ewentualnie się powoływać na depresję po śmierci dziadka, ale czy to coś da?

Poza tym jego siostra zadzwoni do prawnika zapytać się jakie mam prawa jako najemca. No, ale dwa miesiące wypowiedzenia to i tak jest przecież nieźle? W umowie jaką podpisałam z dziadkiem nie ma na ten temat ani słowa. Chroni mnie wprawdzie holenderskie prawo, ale co mi po tym, jak ona sprzeda to mieszkanie? Nowy właściciel będzie mnie mógł wyrzucić, to nie jest Polska.

Mam wrażenie, że Artur najpierw zaoferował swoją pomoc, a teraz wystraszył się, że ja się naprawdę do niego wprowadzę…

Wielkie sprzątanie

Przyjechałam dziś po pracy do eks-domu i zastałam stosy papierów do wyrzucenia, szklanki i inne bibeloty. usunięte na bok i uprzątnięte dwie szafy w salonie. Znaczy córka była i sprzątała. Przy okazji wyrzuciła dwa moje obrusy i stroik świąteczny, który dziadek przechowywał u siebie. Moja strata. Od razu napisałam karteczki z moim imieniem, aby tego samego nie zrobiła z moimi garnkami. Jakoś nie przyszło jej do głowy, że niektóre rzecy mogą być moje. W końcu mieszkałam tu pięć lat i mogło się coś pomieszać. Mam nadzieję, że nie wyrzuci moich ogórków osobiście zakiszonych.

Wczoraj wysłałam 30 maili do agencji nieruchomośći w okolicy. Odpisała mi jakaś 1/3 z czego większość: przepraszamy, ale.. specjalizujemy się w czym innym, nie mamy mieszkań na wynajem w ofercie, mamy, ale przekraczające Pani budżet.

Na jednej z najpopularniejszych stron z mieszkaniami do wynajęcia w Holandii w ogóle nie ma mieszkań mieszczących się w moim budżecie. Facebook- sami oszuści albo drogo. Zaczynam się zastanawiać, czy powrót do Polski nie byłby jednak lepszym wyjściem…

Głowa mi pęka

Kiedy przyjechałam do domu po pracy zastałam już córkę dziadka, jej jakąś przyjaciółkę i znajomą dziadka z córką. Zdołały już posprzątać w jego pokoju, akurat wyrzucały materac z łóżka, na którym spał dziadek. Poczułam się pierwszy raz tu jak nie u siebie. Wszystko się zmieniło…

Po krótkim wypytaniu jak się to stało, pytało pytanie o moje plany. Czy miałam jakąś umowę z dziadkiem na tę okoliczność? A ja ciągle byłam w szoku, on umierał na moich oczach, cały dzień w pracy miałam to wszystko w głowie. Dopiero zaczęło do mnie docierać to co się wydarzyło, a już usłyszałam, że muszę intensywnie szukać. Nowego mieszkania znaczy się. Wiadomo, że tu nie zostanę, choć dziadek kiedyś wspominał, że porozmawia córką, abym tu mogła zostać w razie czego. Córka powiedziała mi wprawdzie, że nie wyrzuci mnie z dnia na dzień, ale wiecie jak to jest…

Poczułam się przytłoczona. A tu musiałam jeszcze pojechać do pracy w piątek, zwłaszcza, że miałam urodziny i obiecałam postawić ciasto. Zwykle sama coś piekę, ale tym razem ani nie miałam głowy, ani miejsca, bo córka została dłużej przeglądająć papiery po dziadku.

Artur zaoeferował się, że mogę zamieszkać u niego jeśli nic nie znajdę. Problem polega na tym, że nie pasuje mi od niego dojazd do pracy, bo jest za daleko. Gdybym miała auto i prawo jazdy to może jeszcze… Obawiam się jednak, że nie będę mieć wyboru, bo znalezienie mieszkania w Holandii nawet jak się ma kasę nie jest łatwe. A ja nie mam kasy, będę musiała pożyczkę w banku wziąć. O ile oczywiście dostanę.

W każdym razie moja głowa pęka.

Walec

W czwartek rano dziadek mi umarł. Tak po prostu, bez pozwolenia. Wstałam o piątej, aby zdążyć do pracy na siódmą, a on sobie zadzwonił na 112, że jest chory, Ubierałam się i słyszałam jak rozmawia z kimś z infolinii. Potem to ja przejęłam rozmowę i okazało się, że Pani urodziła się w Polsce. Może i to dobrze, bo jednak bylo mi łatwiej prowadzić rozmowę. Przyjechała karetka, ale chwilę przed przyjazdem zespołu dziadek klapnął. Potem przyjechała druga karetka, bo pierwsza nie miała wszystkiego sprzętu. Próbowali go reanimować 24 minuty, ale w końcu musieli się poddać. Musiałam poczekać na lekarza, który potwierdzi zgon i wypisze dokumenty. Sanitariusze z pierwszej karetki zostali ze mną. Potem przyjechała pani doktor, podpisała co trzeba, a ja dzwoniłam do jego córki, że papiery są na stole, a ja niestety muszę do pracy.

I musiałam go tam zostawić samego… Sanitariusze przenieśli go z salonu do sypialni, przykryli kołdrą. Weszłam aby się tam z nim pożegnać. Kiedy szukaliśmy listy leków (bo to ważne) spojrzałam na jego kalendarz. A tam wpisane moje urodziny pierwszego września…

Teraz muszę znaleźć mieszkanie i się wyprowadzić. Tutaj ta cisza jest nie do wytrzymania teraz. I wybaczcie błedy bo pisanie przez łzy nie jest łatwe….

Zostałam singielką?

Chyba właśnie zostałam signielką…

Artur poleciał tydzień temu do Marsylii. Widzieliśmy się więc 2 tygodnie temu, bo jakoś nie znalał czasu przed wyjazdem, aby się ze mną spotkać. Jak Boga kocham myślałam, że wyjeżdża na tydzień, choć już jakiś czas temu powiedział mi, że zablokował sobie urlop na przełomie kwietnia i maja, aby wykorzystać holenderskie długie weekendy.Żeby sobie podróżować. Oczywiście w tych planach nie uwzględnił mnie, a dzisiaj jak go zapytałam kiedy wraca powiedział, że nie wie. Myślałam, że żartuje. Zaczął mówić, że może wróci ciut wcześniej ok 18 maja i wtedy pojedziemy sobie rowerami gdzieś. Jest 30 kwietnia. Widzieliśmy się 16 kwietnia ostatnio i oznaca to, że on planował miesiąc beze mnie. I jeszcze wypominał, że ja przecież jeżdżę do Polski….

Raczej nie musi się za bardzo spieszyć, aby tu wracać. Zmarnowałam z nim czas, ale na własne życzenie, do nikogo nie mogę mieć żalu.

Boli, ale widać tak miało być. Cóż stara, a głupia…

Afera mieszkaniowa

Miałam pisać, nie pisałam i nic nie mam na swoje usprawiedliwienie. Odkąd zrezygnowałam z grupowego kursu holenderskiego wydawało mi się, że będę mieć więcej czasu, ale oczywiście leń we mnie zamieszkał i nie chce opuścić. W skrócie: od stycznia mam stałą umowę, z Arturem ciągle się spotykam, byliśmy razem w Paryżu gdzie omal go nie rzuciłam, w pracy OK, holenderskiego uczę się prywatnie, zapisałam się na kurs z excela i angielskiego w ramach programu Santander Banku i ciągle mieszkam u dziadka.

Mieszkam, bo tak mi wygodnie, cena jest na moje możliwości, lokalizacka dogodna i przyzwyczaiłam się. Tak tu minęło cztery lata, choć dziadek mnie też denerwuje, tak jak Artur czasami. Oczywiście część sytuacji to moja wina, bo nie umiałam postawić granic i być asertywną. Od jakiegoś czasu nastawiam się na wyprowadzkę, ale znalezienie mieszkania w Holandii nie jest proste. Muszę się jednak przyznać, że nie szukałam jakoś specjalnie intensywnie.

W środę znalazłam ogłoszenie o małym mieszkaniu, 35 metrów w dawnym biurowcu. Ono pojawiło się już jakiś czas temu, ale wtedy poprzestałam na rejestracji w agencji nieruchomości. Tym razem postanowiłam pójść dalej wysyłając dokumenty. Jeśli nie to konkretne mieszkanie to może mają jakieś inne, trafię na listę, zawsze to jakaś szansa.

Ponieważ mieszkań w Holandii jest znacznie mniej niż chętnych agencje stawiają warunki. Określone zarobki, na ogół w wysokości dwu albo trzykrotności czynszu, brak zwierząt, najlepiej stała umowa o pracę. Lista dokumentów obejmuje kwitki z wypłaty za ostatnie trzy miesiące, wyciągi bankowe, zaświadczenie z gminy o zameldowaniu, ostatni jarropgave (taki rodzaj PITu) od pracodawcy, deklaracja podatkowa za zeszły rok, zaświadczenie z pracy oraz od aktualnie wynajmującego. O ile większość dokumentów udało się załatwić, mój HR wysłał mi zaświadczenie po godzinach pracy, kwitki i wyciągi sobie sama ściągnęłam, a najdłużej czekam na zaświadczenie z gminy, bo musiałam zapłacić 5 euro i wyślą mi to pocztą. Największy problem zrobił dziadek.

Wysłałam mu formularz mailem prosząc o wypełnienie, ale nie zagłębiałam się w temat, po prostu potrzebuję. Na drugi dzień wieczorem wparował mi do pokoju z tym formularzem w ręku, bardzo podekscytowany zz pytaniem na co mi to, czy to obowiązkowe z rządu i w ogóle żadna firma nie prawa żądać czegoś takiego. Tak byłam zaskoczona, że nie wiedziałam co powiedzieć. On, że musi to rozważyć… Pytania w sumie nie były jakieś podejrzane i dotyczyły tego, czy płacę czynsz na czas, czy miałam jakieś zaległości i czy narobiłam jakiś zniszczeń. To dosyć standardowy formularz przy szukaniu mieszkania.

No i zrobił się kłopot, chociaż dzień wcześniej dziadek mnie zapewniał, że jest bardzo zadowolony z mojego mieszkania tutaj. Ja wiem, że był pewnie zaskoczony, ale w koncu chyba logiczne, że bedę się chciała kiedyś wyprowadzić…

Rano zastałam umoralniający liścik od dziadka z pytaniem jaka firma żąda takiego zaświadczenia i że to scam i że mam „użyć swojgo mózgu”. Krde zrobiło się toksycznie i niekomfortowo… Ja wiem, że nie jestem typową lokatorką, dziadek mi dużo pomógł, pożyczył mi nawet kasę jak mi się zepsuł rower, ale w końcu ja tylko wynajmuję od niego pokój. Może i czasami popełniałm błędy, ale mam już 47 lat i umiem używać mózgu…Jakby co to będą moje własne błędy…

Koniec końców napisałam do niego list, w któym wyjaśniłam, że chodzi o agencję nieruchomości, podałam adres, wyjaśniłam że muszę myśleć o przyszłości i poszukać samodzielnego mieszkania, choć jestem świadoma faktu, że może to nie zdarzyć się szybko.

Dziadek ugiął się i formularz podpisał, ale nie omieszkał dodać swoich trzech groszy. Znowu mi zostawił notkę, w której mnie pouczał o tutejszym rynku mieszkaniowym, podawał ceny wynajmu i ostrzegał przed płaceniem racuhunków za wodę i prąd.

W sumie mobilizował mnie, aby wyprowadzić się jak najszybciej….

Wesołych Świąt!

Jestem w Polsce i musicie mi wybaczyć, że tak krótko, bo pisze z tabletu, który dostałam kiedyś od Artura, a nie jest to najwygodniejszy sposób na świecie. Od jakiegoś czasu nie biorę laptopa ze sobą.
Siedzę sobie w legginsach i kolorowym świątecznym swetrze, który kupiłam sobie w zeszłym roku. Kocyk, kawa, lampka wina i Diabeł ubiera się u Prady. Książka, nie film. Film zdecydowanie lepszy, książka tak góra 6/10. Na stoliku leży talerz ciastek i znowu mam ochotę nie wracać.
Życzę Wam wszystkim Wesołych Świat i do zobaczenia na)